wtorek, 29 maja 2012

Stadiums of Hate - my opinion

As most have heard, a controversial BBC feature was broadcasted yesterday as part of the 'Panorama' series (a documentary / public affairs programme). It has become a bit of a hot topic in the Polish media, with most commentators being upset by the one-sided view and exaggerations, less in the UK were a lot 'sensational' insights about the hosts of the European Championship was already posted. I decided to share my opinion for the non-poles among my friends (exceptionally, in English).

I will completely ignore the part about Ukraine, since I don't know a thing about their football. Actually, I am very far from being an expert on football in any country (or the sport in general : ), however, I have spend the better (hehe) part of my life in Kraków and I think I'm entitled to an opinion on some of the claims. The main two observations were about racism and brutality of the 'Ultras' (interestingly, in Poland the description 'hooligans' is more common, but it probably wasn't used because of the connotation - it did enter the Polish language from English and, according to Wikipedia [1], was initially used to describe a London street gang). Let me deal with them separately.

As much as I'm ashamed to do that, I admit that Poland might not be as tolerant as the UK (or funnily enough, as it used to be in it's distant past) - yet. This can be partially explained by the isolation during the communist times - non-Caucasian complexion was a bit of a rarity for some time, which surely doesn't help in teaching people about diversity. Also antisemitism can be found in some extreme nationalistic groups, which is rather surprising given the very small size of the Jewish minority in Poland.
I think that the main difference between Western Europe and Poland is visibility. Over time, these extreme ideologies made it occasionally to the 'mainstream' in different parts of Europe (Jean-Marie Le Pen in France, who accused Chirac of being on the payroll of Jewish organizations, Jörg Haider in Austria or Golden Dawn in Greece, just to give some examples). Racist crime might still be happening, but to put thins into perspective: I have found out that in Scotland during 2005-2006 there were almost 20 race-hate crimes per day [2]. There is an ongoing discussion about how to address these issues in Poland, but I think there is good progress already. The historically Jewish district of Kraków, Kazimierz, can serve as an example. Once a neglected and unpopular part of town, it has become the perhaps most vibrant part of Kraków, famous for it's bars and restaurants but also for the annual Jewish Culture Festival.

So maybe that's a problem with the policing of stadiums? There was a time when English Hooligans were the scare of national football competitions. Smart rules and a zero-tolerance policy seem to have solved the problem in the UK, but it did took some years. The advance of technology (CCTV and electronic cards) made it easier to identify offenders and ban them from participating in the games. The same thing is happening in Poland just now. Even before Euro 2012 clubs were made responsible for the behavior of their supporters, and here as well progress has been achieved. I remember that some 10 years ago, when the unemployment was close to 20%, a lot more young people would get involved in hooliganism. With the transition to a [more] developed economy, more and more people have better things to do then sit in prison for a stadium seat they vandalized. Except for some of the most 'competitive' derbies, which the report chose to show, football fans are behaving orderly.

In general, I am not particularly outraged by this documentary. While I find it exaggerated (e.g. battles with riot police or racist shouts are not as common) and would consider it as rather poor journalism, I do agree that as a society we still have some work to do on education and policing. I don't think there is anything to be worried about in terms of the championship, most European countries struggle with similar issues, even if on a smaller scale.
Trying to be a bit fair, the reporter did point out, that the former English Captain John Terry is awaiting his trial for racist remarks and mentioned that this is not just happening in Poland. I would prefer a more factual approach, but that's not what people want to watch these days anyway ; ) I also remember similar materials about the World Championship in South Africa (and their homicide rates)...

And if someone in Poland is really upset about it, maybe they should do a documentary about riots in London and how it's better to watch the Olympics from home, rather then risking injuries in a week long battle with the police over the shooting of an innocent African-Caribbean man.

[1] -  https://en.wikipedia.org/wiki/Hooligan
[2] - http://www.scotsman.com/news/scottish-news/top-stories/almost-20-race-hate-crimes-a-day-in-scotland-1-692617

poniedziałek, 21 maja 2012

Cognitive Threshold

Jakiś czas temu spotkałem się z pojęciem 'cognitive threshold' w kontekście 'granic poznania' (poznania w sensie epistemologicznym, nie geograficznym : ). Podobno jest to takie nowe modne hasło (buzzword) używane w dyskusjach pomiędzy inteligentnymi/kulturalnymi ludźmi. W rzeczywistości chodzi po prostu o sytuacje, w której ktoś przestaje przyjmować do wiadomości argumenty, ponieważ wykraczają one poza jego zdolności poznawcze (przy okazji- to samo pojęcie funkcjonuje w psychologii, ale z tego co rozumiem opisuje odrębne zjawisko). Te brakujące zdolności mogą przyjmować różne formy: problem z analizą faktów, zbyt duży zestaw danych albo po prostu fakty sprzeczne z nabytą wizją świata.

Chyba w Sunday Times pisali o tym jako 'teorii, która być może tłumaczy problemy demokracji' (wyborcy nie są w stanie intelektualnie zrozumieć problemów swojego kraju). Właściwie, żadna nowość. Każdemu się na pewno zdarza prowadzić od czasu do czasu bezsensowne dyskusje na sensowne tematy. Ja pod wpływem takich [frustrujących często] doświadczeń postanowiłem podsumować swoje refleksje na temat dyskusji pomiędzy dwoma jednostkami. W skrócie: Panie i Panowie, świat jest bardzo prosty, a poniżej, w podpunktach, wytłumaczenie dlaczego mimo to ciągle borykamy się z mnóstwem problemów.

Rozważmy dyskusje pomiędzy Alicją i Bobem na jakiś skomplikowany temat (jeżeli temat jest prosty, to dyskusji zazwyczaj nie będzie). Na potrzeby takiej systematycznej analizy dyskusji jako procesu chciałoby się założyć, że temat jest rozstrzygalny (t.j. istnieje jakaś obiektywna prawda, dzięki której jedno z nich ma bezdyskusyjnie racje)... ale to jest odrębny temat i cała bogata gałąź filozofii (prawda ta może być np. niepoznawalna); poza tym jest to dość silne założenie, które wg. mnie nie jest konieczne do wyciągnięcia przydatnych wniosków. Zatem, w czym może tkwić problem, jeśli obie strony nie dochodzą do porozumienia? Poniżej punkty w kolejności luźno podporządkowanej częstotliwości występowania.

Po pierwsze, Alicja i Bob mogą się bardzo łatwo poddać emocjom. Wystarczy jedno nieostrożne sformułowanie, i już Bob czuje, że kwestionowana jest jego inteligencja/wykształcenie/poglądy rodziny itp. Myślę, że w Polskiej polityce jest to pierwsza przeszkoda, na której kończą się merytoryczne dyskusje. W prywatnych dyskusjach także się to zdarza, jeżeli poczucie własnej wartości jest zagrożone nieznajomością faktów albo niedostrzeżeniem oczywistego związku między nimi. Częściowo może temu zaradzić neutralny mediator, jeśli tylko ma wystarczająco dużo empatii, żeby wyczuwać te narastające konflikty.

Ale, załóżmy, że szczęśliwie uniknęliśmy eskalacji agresji i inwektyw. W punkcie drugim pojawia się brak cierpliwości albo motywacji do zgłębienia tematu. Niestety, ze względu na globalizację, a także może wpływ coraz większej ludzi na omawiane problemy, większość kwestii spornych trudno opisać w dwóch zdaniach. Problemy takie jak konsekwencje interwencji na bliskim wschodzie, decyzje na temat energetyki atomowej czy po prostu system emerytalny w kraju są problemami wielopoziomowymi, powiązanymi z innymi problemami albo mają aspekty praktyczne, ekonomiczne czy też moralne. Jest całkiem prawdopodobne, że w dyskusji wszystkie te elementy muszą być rozpatrzone. Nawet przed pokoleniem MTV (wychowanym ponoć na 5 minutowych klipach : ) poświęcenie tak dużej ilości uwagi jakiemuś tam problemowi byłoby nie lada wyzwaniem dla większości ludzi. Teraz, w dobie Twittera i SMSów trudno mi uwierzyć, że ktoś będzie chciał poświęcić choćby 30 minut na przeanalizowanie nawet najbardziej podstawowych argumentów. Jeśli nawet to uczyni to niestety....

... może utknąć na trzecim 'płotku', a mianowicie tym, co ostatnio ktoś nazwał właśnie 'cognitive threshold'. Problem może przekraczać nasze zdolności pojmowania. Tutaj wyróżniłbym kilka podpunktów. Najczęściej, problemem jest ilość danych, które trzeba wziąć pod uwagę. Jakkolwiek nie lubię porównania ludzkiego mózgu do procesora komputera, mógłbym się zgodzić, iż i tu i tu dysponujemy pewną pamięcią podręczną, która gromadzi te aktualnie potrzebne informacje. W dyskusji są to znane nam fakty, które pomagają formułować bądź obalać różnego rodzaju teorie. Możemy np. znać dość dobrze historię Europy, ale jeśli dyskutujemy o wadach i zaletach systemów politycznych to zapełniamy nasza pamięć podręczną (cache) jedynie faktami powiązanymi z naszą tezą. Niestety, ilość tych faktów może przekroczyć wielkość naszej pamięci podręcznej, co spowoduje, że będziemy formułować opinie sprzeczne nawet ze znanymi nam faktami. W przypadku próby zrozumienia jakiegoś tematu, możemy zamknąć się w błędnym kole proponowania rozwiązań opartych tylko na podzbiorach dostępnych informacji, sprzecznych z pominiętymi elementami. W ten sposób można też 'modelować' brak wystarczająco podzielnej uwagi. Jeśli jakiś problem ma trzy aspekty, to trzeba mieć ciągle łatwo dostępne trzy 'zestawy danych'.
Ale nie tylko wielkość pamięci podręcznej może uniemożliwić nam rozstrzygnięcia dysputy. Czasami proces wnioskowania przebiega po prostu zbyt wolno, dzięki czemu dobrze przygotowany interlokutor może nas, brzydko mówiąc, 'zgasić'. Np. podsuwając pasujące mu rozwiązania czy też tezy, sprzeczne z omawianymi faktami ale w sposób zbyt subtelny, żeby to w ferworze dyskusji dostrzec. Kontynuując analogie, jeśli nasz procesor jest zbyt wolny, możemy nie nadążać za tokiem argumentacji, co czasem może uniemożliwić nam przyjmowanie kolejnych tez czy też wniosków. Podobnie problemem może być czas, który potrzebujemy na racjonalne przyswojenie argumentów (t.j. uporanie się z warstwą emocjonalną i zaksięgowanie przekazu w postaci w miarę obiektywnej).
W bardzo skrajnych przypadkach (chyba, że mówimy o np. studiowaniu matematyki teoretycznej : ), informacja może przekraczać takie czysto intelektualne zdolności uczestnika dyskusji. Może to się wiązać z poziomem abstrakcji albo koniecznością dostrzeżenia bardzo skomplikowanych wzorców w przedstawionych sytuacjach. Szczerze mówiąc, nie jestem do końca pewny czy jest to rzeczywiście odrębny podpunkt.

Myślę, że powyższe obserwacje tłumaczą bardzo wiele różnic zdań, czasem w dużo szerszym sensie niż by się mogło początkowo wydawać. Zauważyłem np. że w dyskusjach na temat komunizmu mam czasem odmienne przemyślenia ze względu na wychowanie w (częściowo) post-komunistycznym kraju. Ten problem zazwyczaj sprowadza się do kombinacji punktu drugiego i trzeciego, teoretycznie mógłbym przedstawić wiele historii i faktów, które ukształtowały moje opinie, ale kto by chciał wysłuchiwać przez 5h jakiś historyjek na temat obcych ludzi w obcym kraju? A nawet jeśli by chciał, to czy w czwartej godzinie pamiętałby jeszcze fakty z godziny pierwszej?
Niestety, poza tym wszystkim jest jeszcze jeden punkt, dla mnie najbardziej demotywujący, bo trudno go wyeliminować poprzez cierpliwość, umiejętne podejście do drugiej osoby (czytaj: szacunek) bądź edukacje.

Wolny wybór systemu wartości. Każde wartościowanie, począwszy od kosztów ekonomicznych, społecznych do podziału zachowań na dobre i złe, może być zależne od systemu wartości. Osoby bardzo religijne mogłyby z łatwością uznać, że śmierć ciężarnej matki, której odmówiono aborcji, nie jest niczym złym. Ostatecznie, wszystko jest w rękach Boga i mając do wyboru przyjęcie jego wyroków albo złamanie nakazów (dokonując aborcji) można by wyrzec się odpowiedzialności i nie zrobić nic. Niezależnie od tego jakie się ma poglądy w tej sprawie, od razu (chyba?) widać, że nie ma tutaj specjalnie pola do dyskusji. To jest coś, czego Dawkins zdaje się nie rozumieć: jeżeli ktoś zdecydował się wierzyć w istnienie Boga niezależnie od dowodów lub ich braku, to nie ma znaczenia ile książek o ewolucji przeczyta (chociaż, jeżeli wierzy w Boga bo nie wierzy w ewolucję, to trud Dawkinsa może nie pójść na marne ; ). Podobnie, jeśli członkowie Occupy Wallstreet uważają, że różnice w bogactwie poszczególnych ludzi są niesprawiedliwe i przez to nieakceptowalne, to tłumaczenie wolnego rynku może być kompletną stratą czasu - bo "nie obchodzi mnie dlaczego, to jest po prostu niesprawiedliwe i basta". (Aha, żeby nie było, nawet jeśli jestem wrednym kapitalistą to raczej nie stanąłbym w obronie miernych często i aroganckich bankowców, którzy za swoje zakłady zgarniają duże pieniądze).

Jakie z tego płyną wnioski? Cóż, wątpię, żeby którykolwiek z tych podpunktów był jakąś rewelacją : ), myślę, że wielu polityków od wieków zdawała sobie z tego sprawę... Chociaż jak już wspomniałem, globalizacja i komplikacja naszych systemów ekonomicznych, politycznych itd. w znacznym stopniu zwiększyła ich znaczenie podczas dyskusji.
Myślę, że w przyszłości problemy ograniczą się do tych 'nie-dyskutowalnych', ponieważ te prostsze po prostu rozwiążemy. Z punktu widzenia demokracji jedyną nadzieją jest zaufanie ekspertom (czy to w postaci posłów czy jakichś niezależnych komitetów to już specjalnie nie ma znaczenia), poniekąd jest to krok wstecz ale przynajmniej z hamulcem awaryjnym. Natomiast na poziomie indywidualnym myślę, że dojdzie do podziału na problemy wymagające wymiany esejów zamiast dyskusji, i takie mniej złożone do rozstrzygnięcia przy jednym winie (na osobę). Stety/Niestety większość ludzi nie będzie miała okazji wykorzystać w praktyce swoich wartościowych przemyśleń, ale ostatecznie czasem chodzi po prostu o to, żeby sobie podyskutować, uporządkować myśli i dowiedzieć czegoś nowego...

I oczywiście, przy okazji napić się wina ze znajomymi : )

środa, 18 kwietnia 2012

Real numbers

Jak wszystkim wiadomo, ocenianie przeszłości bywa czasem niewiele prostsze od przepowiadania przyszłości. Niektórzy ekonomiści np. bardziej ufają prognozom dotyczącym Greckiej gospodarki niż historycznym danym z ostatnich kilku lat. Poza tym, świat się ciągle zmienia i trudno porównywać np. ceny dziś z cenami sprzed kilkudziesięciu lat.

Przyzwyczaiłem się już do przeliczania różnych wartości na 'dzisiejsze dolary'. Z okazji rocznicy Titanica ktoś policzył, że budżet filmu Camerona był większy niż koszt wyprodukowania statku, w przeliczeniu na dzisiejsze dolary. W tej kwestii się nie wypowiadam, bo nie widziałem żadnych liczb a poza tym wokół Titanica jest strasznie dużo przekłamań (moje dwa ulubione: Titanic był drugim statkiem w swojej klasie, pierwszym był RMS Olympic, który dziewiczy rejs odbył prawie rok przed Titanikiem - więc nie był to taki przełom; konstruktorzy nigdy nie twierdzili, że był niezatapialny - to hasło padło dopiero w jakimś filmie z lat 50tych chyba ). Z punktu widzenia ekonomii można to policzyć na kilka sposobów, każdy sobie pewnie może wyobrazić jakieś miary wedle których jedno było większym 'wyczynem' od drugiego. Często też liczy się tzw. real exchange rates, czyli kursy walut uwzględniające inflacje (i czasem wzrost PKB). Natomiast mocno zaskoczył mnie ostatnio artykuł BBC na temat wojny secesyjnej [1].

Historycy od dawna próbują policzyć liczbę ofiar tej wojny. Ze względu na słabą dokumentację (zwłaszcza na podbitym południu), brakach w metodologii itp. trudno odgadnąć prawdziwe liczby. Ostatnio ktoś spróbował oszacować to badając zaburzenie w demografii ówczesnej ameryki, co samo w sobie jest ciekawym pomysłem, i dotarł do liczby 750 tyś. ofiar. I tutaj, uwaga, autor artykułu (albo badań), żeby przybliżyć czytelnikowi skalę tej wojny, przelicza to na '2012 US numbers' (7,5 mln) oraz '2010 UK numbers' (1,5 mln). Domyślam się, że chodzi po prostu o proporcje populacji, ale sformułowanie wydaje mi się dość dziwne. Może powinni uwzględnić inflację śmierci? I skali? Utrata 10% mieszkańców małej wioski, a 10% populacji to dwie różne rzeczy. Z drugiej strony, kiedy czarna śmierć zabiła 30-60% mieszkańców Europy w XIV wieku miało to zupełnie inny wydźwięk niż gdyby dziś ptasia (czy świńska już) grypa wybiła taki sam odsetek obecnie. Są spore szanse, że przy dzisiejszej specjalizacji i podziale funkcji w społeczeństwie cofnęlibyśmy się blisko średniowiecza. Tak czy inaczej, uważam za ciekawy pomysł, żeby przeliczać śmierć sprzed kilkuset lat na '2010 deaths'.

A, z takich losowych statystyk, które mi się plączą po głowie, też z artykułu BBC: w starożytnym Rzymie mniej więcej co drugie dziecko dożywało 10 lat. To pokazuje jak mało praktyczną liczbą jest oczekiwana długość życia w danym okresie historycznym lub państwie.

I jeszcze z lokalnych wiadomości, dowiedziałem się ostatnio o istnieniu tzw. Letters of Last Resort. Wielka Brytania jest potęgą jądrową (w sensie, że jest potęgą i ma jakieś bomby : ) i posiada również cztery atomowe łodzie podwodne (klasa Vanguard chyba). I na tych okrętach, każdy kapitan ma zamknięty list od premiera, w którym są rozkazy co robić w przypadku unicestwienia premiera i jego zastępcy. Listy są pisane ręcznie i niszczone bez otwierania po zmianie premiera. Nie wiem jak jest teraz, ale do niedawna zawsze jeden z tych okrętów był gdzieś w rejsie, stanowiąc taki w miarę ludzki odpowiednik Doomsday Machine.
Zresztą, cała tematyka doktryny MAD (mutually assured destruction) jest fascynująca. USA prowadziło w latach 1960-68 operacje Chrome Dome, w której bombowce B52 z bronią jądrową były utrzymywane w ciągłej gotowości (w powietrzu). Z operacją tą wiąże się kilka spektakularnych katastrof, jak np. ta w okolicy Palomares, Hiszpanii w 1966 roku, po której przez 80 dni szukano jednej zagubionej bomby używając statystki Bayensowskiej (jak to się po polsku nazywa?) albo Thule, Grenlandia w 1968, gdzie jednej bomby atomowej nigdy nie odnaleziono. Googlując tego typu tematy dowiedziałem się, że historia zekranizowana w Karmazynowym Przypływie jest częściowo oparta na faktach - podczas kryzysu Kubańskiego w 1962 roku Vasili Arkhipov, drugi oficer na sowieckiej łodzi podwodnej, sprzeciwiając się kapitanowi i oficerowi politycznemu odwiódł ich od pomysłu wystrzelenia torpedy z głowicą nuklearną prawdopodobnie zapobiegając konfliktowi nuklearnemu.

[1] - http://www.bbc.co.uk/news/magazine-17604991

czwartek, 22 marca 2012

Facebook, China and the Gang of Four

Ostatnio znów przekonałem się o swojej ignorancji historycznej odkrywając 'oryginalną' bandę czworga. Jak każdy szanujący się informatyk słyszałem kiedyś o tzw. Gang of Four, czyli (wg. informatyków) czwórce autorów książki pt. Design Patterns (Wzorce Projektowe). Jest to taka mini-biblia 'dobrych praktyk' informatycznych, dla jednych źródło inspiracji przy rozwiązywanie często spotykanych problemów projektowania aplikacji, dla innych pomoc w wymądrzaniu się (ooo, widzę, że zastosowałeś wzorzec potrójnej ewaluacji ryzyka tranzytów ortogonalnych = obejrzałeś się przechodząc przez skrzyżowanie), więc w sumie nie wiem czemu mam wobec niej ambiwalentne uczucia... Ale chyba nie ja jeden ; )
Pierwotnie, mianem The Gang of Four określało się bowiem frakcje czworga chińskich oficjeli partyjnych (w tym ostatnią żonę Mao), których obarcza się winą za najbardziej zbrodnicze wydarzenia pod koniec rewolucji kulturalnej. Jak to się stało, że tak pejoratywne określenie zrobiło karierę w informatyce??

Chińska polityka w tym tygodniu znów stała się gorącym tematem, chociaż trochę poza głównym obiegiem mediów. Plotki o zamachu stanu, który miał się odbyć parę dni temu wydają się dość przesadzone, ale zorientowani ludzie głowią się nad różnymi dziwnymi wydarzeniami w Pekinie. Osobiście nie wydaje mi się prawdopodobne aby Bo Xilai (odsunięty niedawno od władzy polityk chiński) miał szanse na taki rasowy zamach stanu, ale zastanawialiśmy się z grupą znajomych, czy wciąż jest to taka atrakcyjna droga kariery : )

A jak to się ma do Facebooka? Ano luźno, poprzez kwestie indywidualności i wyrażania siebie ogólnie. Z jednej strony żyjemy w czasach Sieci 2.0, w której każdy może rozgłaszać (w sensie: to broadcast, które to słowo wydaje mi się mieć odcień bardziej pasywny a jednocześnie bardziej natarczywy) swoją 'indywidualność', poprzez profil FB, zdjęcia na Picassie czy też blogi. Jednocześnie w wielu dziedzinach dostrzegany jest właśnie jej brak. Przykładem może być polityka, w której od dobrych kilkudziesięciu lat nie pojawił się żaden wielki człowiek, ale też biznes - Steve Jobs był nazwany ostatnim prawdziwym przywódcą (CEO) w morzu dyrektorów-księgowych (przy okazji, czy naprawdę jego ostatnimi słowami były Oh wow, oh wow, oh wow??? czyżby doznał jakiegoś objawienia? Np iPhone 5?). W branży artystycznej również mamy z jednej strony kolejne produkty z taśmy albo ekstrawaganckich do przesady [zapewne z braku innego pomysłu na promocję] 'kosmitów'. Zatem, gdzie się podziali tacy prawdziwie wyróżniający się z tłumu indywidualiści?

Zastanawiam się, czy Facebook nie niszczy indywidualności (nie tej dosłownej) zamiast ją promować. Mam obok siebie artykuł Pani Sandberg, COO Facebooka, która prognozuje przemianę społeczną spowodowaną dzieleniem się swoim życiem z innymi (co w teorii ma doprowadzić do większej empatii/troski o bliźnich, tzw. corollary of sharing). Być może, ale myślę, że też spłyci całą ludzkość do like-ów.

Druga obserwacja jest taka, że w demokratycznych strukturach (a firmy poniekąd też są takowymi) jednostka ma dużo mniejsze szanse narzucenia swojej woli innym. Można by sobie wyobrazić, że taki Napoleon w Goldman Sachsie zostałby co najwyżej CEO (a i to przy dobrych wiatrach) i potem by go być może jakiś list niezadowolonego byłego pracownika zniszczył, zanim by zdążył doprowadzić do upadku choć jedno państwo [machlojkami walutowymi]. Chociaż prędzej by go chyba wylali za jakieś drobne ułomności typu wzrost [ w miarę prawdą jest, iż GS zwalnia co roku 15% najsłabszych pracowników].

Po trzecie, i zarazem wracając do tematu dyktatur, zastanawiam się nad motywacją ludzi, którzy do tego zmierzali. Pomijając trudność podporządkowania sobie demokratycznego państwa (co akurat się udało np. Hitlerowi), w nowoczesnym świecie władza ekonomiczna może mieć większy zasięg. Problemem krajów takich jak Rosja czy Chiny jest to, że jednostka uprzywilejowana (np. pan Chodorkowski) nie ma nawet władzy nad swoim życiem, dopóki nie uczestniczy we władzy państwa. Ale już np. taki Bill Gates, Warren Buffet czy Lakshmi Mittal (zamieszkały w Londynie miliarder władający branżą metalurgiczną [i np. Nową Hutą w Krakowie]) mają duże większą 'siłę rażenia' niż niejeden premier czy prezydent. Oczywiście, nie mają do dyspozycji takiego arsenału [nuklearnego] środków jak Obama, ale też mają dłuższe perspektywy.

Podsumowując. Mój znajomy Chińczyk stwierdził, że jakoś od dawna nie ma już mocarstw, które by pragnęły zawładnąć światem. Wytknąłem mu ZSRR oraz politycznie motywowane ingerencje USA od ameryki południowej, poprzez bliski wschód na Kambodży czy Wietnamie kończąc (przy okazji, wychodzi na to, że USA przyczyniło się do sukcesu zamachu stanu Czerwonych Khmerów, ale tym razem akurat niechcący). Ale zgodziłbym się z tym, że może będzie mniej jednostek, które stawiają sobie takie ambitne cele. W krajach rozwiniętych chyba bardziej opłaca się budować imperium ekonomiczne ogarniające cały [cywilizowany] świat. I np. kupić sobie swoją wyspę.

Niemniej, w Rosji czy właśnie Chinach, wciąż są jednostki, które względne bezpieczeństwo i dostatek mogą zapewnić sobie tylko fałszując wybory...

poniedziałek, 19 marca 2012

Poor Economics

Jeszcze kilka refleksji na temat cen żywności i koniec tematu, bo się potem zawsze głodny robię a naprawdę wypadałoby schudnąć.

MK zauważył, że większość owoców jest transportowana drogą morską i rzeczywiście jest to prawdą, co rodzi innej natury pytania na temat jakości produktów dojrzewających w kontenerowcach. Ale bardziej mnie zirytował populistyczny demotywator, który ostatnio krążył po facebooku, o tym jak to 15 mld $ (ponoć roczne wydatki na perfumy) wystarczyłoby do wyeliminowania głodu. Na perfumy wydajemy raczej więcej, ale nawet pomijając prostą kalkulację (absolutnie minimalna dieta złożona z jajek i bananów [...] wg. Esther Duflo, to co najmniej 21 centów, przy miliardzie ludzi umierających z głodu to i tak dużo więcej) ludzie chyba powinni sobie zdawać sprawę z inflacji cen w przypadku tak ograniczonej podaży? Z panią Duflo był akurat wywiad w weekendowym FT, jak przeczytam Poor Economics to się podzielę wrażeniami; powiem tylko tyle, że byłem pozytywnie zaskoczony podejściem autorów do problemu. Zamiast rozpisywania się na temat skuteczności różnych metod albo porównywania gruszek i jabłek, Duflo i pan Banerjee jeżdżą po świecie i starają się badać skuteczność różnych metod. Nie pamiętam, czy o tym pisałem, ale jakiś czas temu krytykowany był ruch 1$/day, próbujący walczyć z sytuacją, w której jakieś 30% ludzi na ziemi musi przeżyć za mniej niż dolara. Krytykowany, bo stara się walczyć ze skutkami zamiast inwestować w infrastrukturę i rozwój regionów. Autorzy Poor Economics pewnie by się w pełni z tym nie zgodzili (w ogóle głoszą, że nie ma prostych odpowiedzi) - jako jedną z [możliwych] przyczyn słabego rozwoju wielu społeczności podają problematyczność podstawowych czynności życiowych. Ktoś, kto musi się nieźle napracować przy uzdatnianiu/znalezieniu wody, nietoksycznego pokarmu itp., ma prawdopodobnie mniej sił na poprawianie swoich warunków bytu.
A pozytywnie zaskoczony, bo do tej pory widywałem głównie młodych entuzjastów z zachodu, którzy poświęcali własną edukację na walkę z wiatrakami w egzotycznych regionach świata. Myślę, że chociaż nie ma cudownych rozwiązań, to taka optymalizacja w mikro skali może zrobić dużą różnicę.

I jak już jesteśmy w takim mrocznym temacie (na granicy życia i ubóstwa), tłumaczyłem ostatnio komuś dlaczego deficyty budżetowe ciągle istnieją. Większość na pewno wie, że bieżący deficyt liczy się w procentach produktu krajowego brutto (PKB) bo np. wzrost owego PKB może wtedy utrzymać sam dług w stałej wielkości (względem gospodarki). Do tego oczywiście dochodzi jakaś tam inflacja, i tym pięknym sposobem państwa mogą ciągle wydawać więcej niż zarabiają (no, chyba, że się przeliczą jak Grecja.. i Irlandia.. i Hiszpania.. i Portugalia.. i Francja.. i USA.. i Japonia .. ale poza tymi drobnymi wyjątkami, system działa : ). W analogii do takiego osobistego budżetu można by powiedzieć, że ponieważ w Anglii zakłada się chyba 2% przyrostu pensji rocznie, to można by mieć taki deficyt. Z tym, że oczywiście człowiek nie żyje wiecznie, dlatego my musimy spłacać kredyty a Grecy mogą jeździć Porsche Cayenne (uhm, nie, zaraz, gdzieś tu brak logiki jednak...)

Aaaaalee. Taka refleksja mnie naszła, że jak już wymyślimy to True Blood, i wampiry będą się mogły ujawnić, to może wprowadzą takie perpetual mortgages dla nieumarłych (Anglia rozważa wypuszczenie takiego Perpetual Bond, który by nie miał daty ważności)? : ) Życie wieczne mogło by wprowadzić totalne zamieszanie na rynkach kapitałowych. Jak np. wtedy traktować ubezpieczenie na życie? Teoretycznie, podczas wiecznego życia będziemy potrzebowali np. nieskończenie wiele usług dentystycznych [typu, ostrzenie kłów], jak taki nieskończony ciąg malejących kosztów ważonych rosnącym prawdopodobieństwem zbalansować w teraźniejszości???

Będąc znów poważnym (i nudnym, bo o ekonomii : ). Wbrew pozorom, problem ten nie jest taki absurdalny. Weźmy np. firmę typu Apple. Dziś wreszcie się złamali i ogłosili dywidendy. Czysto teoretycznie, kapitał zatrzymany w firmie i tak będzie uwzględniony w cenie akcji, ale w praktyce oznacza to, że firma musi istnieć wiecznie, albo że znajdziemy jakiegoś frajera, który od nas akcje kupi jak już będziemy potrzebowali gotówki.
Firmy wypłacające dywidendy także są wyceniane na podstawie przyszłych zysków/wartości ruchomości, potencjału itp. Jak to obliczać w przypadku jednostek [teoretycznie] wiecznych?

Z ciekawostek. Bodajże Disney ma jakieś wieczne obligacje w obiegu, a chyba Coca Cola ma coś z 1908 roku na rynku. Oficjalnie, najstarszą działającą firmą jest hotel Nisiyama Onsen Keiunkan w Japonii (od 705 roku), my się możemy pochwalić Wieliczką (działa ponoć od 1044 roku... co prawda oficjalnie została założona w 13 wieku, ale może Wikipedia uwzględnia przedsiębiorczość polaków i czarnorynkową przeszłość).

OK. Słowo harcerza - następny post nie będzie o ekonomii ani głodzie. I postaram się, żeby nie był o jedzeniu.

Ale wampiry mogą wrócić, no bo skoro nawet Burton(a) i Depp(a) kręcą jakieś wampiry to temat musi być znów modny.

https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_oldest_companies

poniedziałek, 12 marca 2012

Airmiles

Już kiedyś o tym pisałem, ale wrócę do kwestii mil lotniczych, bo dotyka ona mojego ulubionego tematu - jedzenia : )

Postanowiłem sobie dziś pofolgować wędzonym łososiem z okazji poniedziałku (jak wiadomo, najcięższy dzień tygodnia więc najlepsza okazja do folgowania zaraz po niedzieli, sobocie, piątku i środzie [powiedzmy, ze środą może się czasem równać - zależy od środy]). Łosoś jest bardzo zdrowy, jakieś tam kwasy omega 3 i proteiny, chociaż w okazach hodowlanych trafiają się ponoć dioxyny (które np. słabo działają na urodę o czym przekonał się W. Juszczenko, ale to chyba nie miało nic wspólnego z łososiem... przy okazji urody, botox jest najsilniejszą znaną neurotoksyną, 4kg wystarczyłyby do wyeliminowania całej ludzkości [i przepraszam, jeszcze jeden wtręt, dowiedziałem się tego z Wikipedii, czy nie powinniśmy rozważyć jakie zagrożenie Wikipedia stanowi dla ludzkości w przypadku ataku obcych form życia? Podajemy im na talerzu/dysku najefektywniejsze metody kolonizacji??]). Wracają do jedzenia. Polecam np. filety łososia w syropie klonowym z ziarenkami i świeżym szpinakiem - łatwo znaleźć przepisy w sieci albo mogę służyć poradą. Dziś nie chciało mi się nic gotować więc szukałem wędzonego, i znalazłem sobie Scottish Chestnut Smoked Salmon, country of origin: Norway oO. I tak się zastanawiam, czy to drewno (chestnut) było szkockie, czy tylko w Szkocji go wędzili?

I zacząłem myśleć na temat pochodzenia różnych produktów w moich lokalnych sklepach. Dla przypomnienia, temat mil lotniczych i 'carbon footprint' jest w Anglii bardzo popularny. Odpowiedzialni ludzie starają się nie jeść produktów, które są transportowane z drugiej strony kuli ziemskiej, powstałe nawet ten ruch wokół The 100 mile diet [1] i generalnie takie jedzenie norweskiego łososia jest raczej niemodne (chociaż on pewnie był transportowany drogą morską). Ja tam się tym szczerze mówiąc za bardzo nie przejmuje, głęboko wierzę, że świat/cywilizacja i tak są skazane na zagładę; poza tym nie jestem przekonany czy transport faktycznie tak się przyczynia do globalnego ocieplenia (zwłaszcza samoloty). Dane można interpretować różnie, może jak kiedyś będę miał 3 dni to przejrzę wyniki sensownych badań i wyciągnę jakieś konkluzje.

Już kiedyś po jakimś śniadaniu uświadomiłem sobie, że jadłem produkty z 7 różnych krajów z 3 kontynentów, ale uznałem to głównie za zabawne. Ale parę dni temu kupowałem winogrona, w cenie około 2 funtów za parę kiści (co może nie jest mega-tanio ale jak na Londyn to sensownie) i zauważyłem, że są z Peru. I tak sobie pomyślałem, że CO2 ce-o-dwam, ale to chyba jednak jest strasznie niesprawiedliwe, że podczas gdy dla mnie ktoś 'przelatuje' winogrona nad Atlantykiem miliard ludzi umiera z głodu. Kurcze, czyżbym jeszcze na koniec młodości miał się stać socjalistą??

P.S. Aha, jeszcze chciałbym tylko dodać, że to nie jest tak, że nagle na oczy przejrzałem. Myślę, że dobrze rozumiem jak działa kapitalizm, wiem, że są wina za cenę których można by wyżywić wioskę w Afryce przez rok, ale tu mówimy o czymś w miarę powszednim dla przeciętnego Londyńczyka - i to mnie chyba zszokowało.

P.S.2 Kiedyś poszukam dokładnych danych, ale ponoć największy rozłam w społeczeństwie był w czasach Wiktoriańskich - zarówno pod względem jakości życia jak i czysto ekonomicznym - trochę o tym tu: [2].


[1] - https://en.wikipedia.org/wiki/The_100-Mile_Diet
[2] - http://www.guardian.co.uk/business/2011/may/16/high-pay-commission-wage-disparity

niedziela, 5 lutego 2012

The Day After Yesterday

Zazwyczaj mnie męczy, kiedy spotykam się z opiniami, że życie w Londynie musi być strasznie ekscytujące. Fakt, duża wiocha, więc trochę trwa zanim się wszystkich pozna; z tego samego powodu jest naprawdę dużo różnorodnych miejsc do odwiedzenia (głównie myślę o restauracjach, ale ponoć są też jakieś muzea ;) itp itd... Ale poza tym życie na co dzień toczy się jak w każdym innym mieście... Chociaż zdarzają się wyjątki. Wczoraj np. po raz kolejny miałem okazję poczuć się jak w filmie katastroficznym. Przechodzący momentami w Sci-Fi, biorąc pod uwagę napotkanych kosmitów.

Otóż postanowiliśmy z odwiedzającymi mnie znajomymi wybrać się na Canary Wharf. Te wszystkie wieżowce bardzo ładnie wyglądają zimą, jest lodowisko (które o dziwo było puste) i, oczywiście, niezłe restauracje. Jadąc tam spotkałem w metrze paru panów w Kiltach, ale tych, mimo dość niesprzyjającej pogody, za dziwaków uznać nie wypada. Za to przy lodowisku było parę pań, które były w trampkach albo czymś co się chyba nazywa baletkami, ubranych na gołe stopy. Temperatura była już wtedy poniżej zera, a one wymieniły te, powiedzmy, rękawiczki na stopy, na łyżwy. Potem było już kilka centymetrów śniegu na ulicach i się poważnie zastanawiam w jakim stanie dotarły do domów. Co ciekawe, przynajmniej jedna z nich była Polką.

My, pomimo 'adverse weather conditions', z pełną świadomością, że jak nie przestanie padać to będziemy musieli wracać na piechotę, poszliśmy jeść. Tego tematu jakoś specjalnie rozwijać nie będę, bo bym musiał zacząć 4 dodatkowe blogi (na temat restauracji, na temat jedzenia, na temat deserów czekoladowych i na temat alkoholi [ten mógłbym pod-rozbić na alkohole w restauracjach, alkohole a jedzenie oraz wina do deserów czekoladowych]), a jak powszechnie wiadomo, już z tym jednym ledwo sobie radzę. Wspomnę tylko, że potwierdziłem swoją dobrą opinię na temat Boisdale, polecam zwłaszcza Oyster bar (steki są ok).
W międzyczasie gdzieś złapliśmy kawałek telewizora, podawano ciągle nowe informacje o katastrofalnych opadach śniegu. Spadło go tak dużo, że im się skończyła skala w calach i musieli podawać głębokość pokrywy w systemie metrycznym (11 cm).

Wreszcie, dotarliśmy do głównego wątku tej (nomen omen) mrożącej krew w żyłach opowieści, kiedy to niewielka grupa śmiałków z niezbyt-dalekiego wschodu rozpaczliwie próbuje wrócić do domu przy pomocy różnych środków transportu. Oczywiście, przesadzam, jesteśmy dość zaradni więc rozpaczy nie było. Ale metro przestało jeździć i momentalnie z ulic zniknęły puste taksówki, za to pojawiły się grupki zagubionych imprezowiczów. Przesiedliśmy się na DLR (kolejkę naziemną), która jest zautomatyzowana i przez to działała chwile dłużej - komputera widok 5cm śniegu nie paraliżuje. Za to bardzo szybko operatorzy w centrali dostrzegli, że śnieg na kamerach to nie usterka techniczna i na wszelki wypadek komputery wyłączyli. Na szczęście dla nas, na jakiejś stacji. Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w zdominowanym przez Słowian (głównie Rosjan) wagonie, jedyna osoba która się poddała panice to pan pracownik kolejki (jako, że jest ona automatyczna, nie wiem do końca co on robi - chyba otwiera drzwi... albo jak w tym kawale, pracownik jest po to, żeby karmić psa, który pilnuje, żeby pracownik niczego nie dotykał). Bardzo nas przepraszał i martwił się, że ciepło uchodzi przez otwarte drzwi, ale jakoś mu to zamykanie nie wychodziło (może się dopiero uczył).
Postanowiliśmy powalczyć na własną rękę. Szczęście nam sprzyjało i po kilku nieskutecznych próbach zamówienia lokalnego mini-caba udało nam się znaleźć jakiś pół-legalny środek transportu (mini cab zatrzymany na ulicy - pomimo drakońskich stawek obyło się bez zastawiania biżuterii). Po drodze widzieliśmy jeszcze kilka pań, które chyba zostały przeteleportowane z jakichś ciepłych krajów - jak ludzie wychodzili na imprezę to już śnieg lekko prószył, chyba w takiej sytuacji kobiety nie ubierają się w pół-otwarte buty na wysokim obcasie i kreacje letnio-koktajlowe... Albo mini i raczej cienkie rajstopy? (Oczywiście, w Anglii się tak ubierają).

Podsumowując. Zima zaskoczyła Londyńczyków. Heathrow, żeby 'uniknąć opóźnień i niedogodności dla pasażerów' odwołało 1/3 lotów, a teraz widziałem, że tylko ok 50% lotów się odbyło. Większość linii metra przestała jeździć albo miała duże opóźnienia, chociaż działo się to już późną nocą (dziś rano sytuacja była podobna, ale ponoć ze względu na braki kadrowe- część ludzie mogła faktycznie nie dojechać spoza Londynu, ale domyślam się, że duża grupa wolała nie ryzykować chodzenia po śniegu). Trzeba przyznać, że takie opady w Londynie są rzadkością (poza ostatnimi 4 latami : )
Teraz wszystko zależy od temperatur. Chwilowo śnieg topnieje, i jeżeli plusowa temperatura się utrzyma powinniśmy przeżyć następny tydzień. Jeśli jednak w nocy będzie spadać poniżej zera, to paraliż może chwile potrwać.

Aha, i praktyczna porada. W takich sytuacjach należy obstawiać autobusy.

sobota, 28 stycznia 2012

Life, Science, Finance & Religion ; )

Dziś zaczniemy lekko, od artykułu, który jakiś czas temu pojawił się na BBC [1] o społeczności żyjącej w Meghalaya (Indie), która jest matrylinearna. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że w pradawnych czasach, kiedy jeszcze nie było facebooka i testów ojcostwa, prymitywne (bo bez fb) społeczności były matrylinearne. Potem jakimś sposobem mężczyznom udało się narzucić dziedziczenie tytułów po ojcu tym samym wprowadzając rządy plemników.

(Jak chyba wszyscy wiedzą, ja mam bardzo demokratyczne poglądy w tej kwestii, więc z góry przepraszam jeżeli któraś płeć poczuje się urażona:)

Prezydent ruchu na rzecz równouprawnienia mężczyzn ma ciekawą teorię: wg niego lokalny dialekt Khasi odzwierciedla układ społeczny. Jako przykład podane jest słowo drzewo, które ma rodzaj męski, ale po obrobieniu na (przydatne) drewno zmienia rodzaj na żeński. Podobno dużym problemem męskiej części społeczeństwa jest brak poczucia przydatności, które ich popycha w narkotyki i alkoholizm. I tak sobie szowinistycznie pomyślałem, że w jakimś sensie rodzenie potomstwa daje płci żeńskiej przewagę przydatności i to nie tylko w czasach zapłodnienia in vitro. Mężczyzna pozbawiony funkcji społecznych (czy też ekonomicznych) rzeczywiście zostaje zredukowany do tych kilku momentów w swoim życiu kiedy jest na chwile potrzebny do zachowania ciągłości rodu. Pomijając funkcje rozrywkowe ;)

Jest to część szerszego tematu związanego z przemianami społecznymi zapoczątkowanymi równouprawnieniem. Jak wyżej wspomniałem, daleki jestem od krytyki tych przemian, ale intryguje mnie do czego jako społeczeństwo zmierzamy. I aż korci mnie żeby zacytować mojego szefa, który by pewnie powiedział: "Nie rozumiem tych zmian! Do czego one zmierzają? Jaki będą miały wpływ na społeczeństwo? Jaki będą miały wpływ NA WZROST PKB?!?!" :)

Notabene w minionym tygodniu mieliśmy okazje do takich rozważań, tym razem spowodowaną wiadomością o dramatycznym spadku kosztu sekwencjonowania DNA. Firma Life Technologies ogłosiła, że do końca roku będzie dostępny na rynku ich Ion Proton Sequencer, który będzie w stanie za mniej niż 1000$ zsekwencjonwać DNA w mniej niż jeden dzień. Może nie wygląda to na jakąś rewolucję, od dawna było wiadomo, że będzie się to dało zrobić coraz taniej i też nie wydaje się, żeby to miało cokolwiek zmienić. Ja widzę tutaj kilka potencjalnych problemów.
Po pierwsze, zbliżamy się bardzo szybko do (trochę smutnej wg mnie) rzeczywistości przedstawionej w filmie Gattaca. Badania nad genomem całej populacji prawdopodobnie pozwolą bardzo szybko znaleźć powiązania pomiędzy poszczególnymi genami a podatnością na choroby lub różnego rodzaju zachowaniami (alkoholizm, skłonności do hazardu ale może też np. pracowitości - wątpię, żeby był na to gen, ale może się okazać, że np. obniżony poziom testosteronu [spowodowany w 20% jakimiś genami] w 40% przypadkach wiąże się z większą cierpliwością itd.). Potencjalny pracodawca mając do wyboru dwóch kandydatów może ulec pokusie porównania ich profilów genetycznych.
Bardzo pokrewnym problemem jest wykorzystanie tych danych np. przez firmy ubezpieczeniowe. To jest coś czemu anarchiści by przyklasnęli (gdyby głęboko myśleli nad swoimi poglądami), bo w praktyce obecna służba zdrowia jest dość socjalistyczna - wszyscy nadpłacają za tych kilku bardziej chorowitych (w prywatnej służbie zdrowia poprzez odpowiednio zbalansowane stawki).
Po trzecie, taka analiza by szybko zweryfikowała statystyki wierności. W zależności od wyniku, mogło by to wprowadzić trochę zamieszania (aha, przy okazji, taki news ostatnio znów popularny na facebooku, o młodej białej amerykance, która twierdzi, że zaszła w ciąże i urodziła czarne dziecko od oglądania porno w 3D podczas kiedy jej mąż służył w Iraku, to fake[3]).
Wreszcie, w połączeniu z postępami w biochemii chałupniczej (polecam Google: biohacking jako temat, może o tym kiedyś coś więcej napisze) i ogólnej, być może stanie się możliwe syntetyzowanie DNA ukradzionego z jakiejś bazy danych. Np. w celu wrobienia kogoś. Ludzie się trochę tym przejmują, chociaż mi się wydaje to raczej skomplikowanym przedsięwzięciem (co innego stworzyć jakiś tam łańcuch a co innego nawet 0.01 ml czyjejś krwi). Niemniej, problem prywatności zostanie na pewno poszerzony o sferę naszego DNA (patrz post Marcina o Sztuce Cyfrowej Samoobrony ).

Wracając na bezpieczniejsze dla mnie wody - w Anglii jest wielka dyskusja na temat bonusów przyznawanych w banku RBS, który jest w 82% własnością państwa. Bonus dla dyrektora w tym roku jest dość skromny (mniej niż 100% rocznej pensji, zdarzały się tysiące procent), ale w czasach nieustającego kryzysu zrobiło się o tym trochę głośno. Ja myślę, że są to głosy populistyczne, jeżeli Anglia chce kiedykolwiek się tego banku pozbyć, to musi w nim zatrudniać ludzi, którzy wiedzą co robią, a o takich za średnią krajową trochę trudno. Niemniej, ciekawe jest to, że dyrektor owego banku jest teoretycznie funkcjonariuszem publicznym zarabiającym naprawdę duże pieniądze.

W związku z tym mam taki apel, może by się ktoś z Polskiego rządu wybrał do Wielkiej Brytanii i przedstawił nasze doświadczenia z ustawą kominową, może im to wyjaśni sytuację :)

Ciągle mam gdzieś zapisane, żeby ujawnić moje przemyślenia na temat bonusów, płac dyrektorów banków i spółek giełdowych oraz rozłam w społeczeństwie... ale póki co odstrasza mnie obszerność tematu (musiałbym się odnieść do Occupy Wall Street, przyczyn kryzysu a także podeprzeć różnymi statystykami) oraz to, że jest tak emocjonalnie traktowany przez wszystkich... Ale dojrzeje do tego na pewno : )

Aha, pozwoliłem sobie na przemian użyć określenia Anglia i Wielka Brytania, co jest chyba niepoprawne. 'Great Britain' to wyspa składająca się z terytoriów Szkocji, Walii i Anglii (w kontekście politycznym do GB zalicza się jeszcze trochę drobniejszych wysp dookoła). Razem z Północną Irlandią tworzą The United Kingdom (of Great Britain and Northern Ireland), co się tłumaczy na Polski jako Wielka Brytania. Raje podatkowe na kanale La Manche i wyspa Man są formalnie odrębnymi terytoriami (chociaż podlegają koronie).

A z takich codziennych radości, dostałem dziś za darmo Koran. Od tradycyjnie ubranych panów z długimi brodami. Jest to naprawdę ciekawe wydanie, z obrazkami i różnymi artykułami/analizami. Na przykład, dowiedziałem się, że Koran już w 7 wieku sygnalizował, że pierwiastek żelaza (Fe), który jest uważany za bardzo ważny, pochodzi spoza układu słonecznego (nie jestem ekspertem, ale ponoć może być syntezowany tylko w supernowych). Od siebie dodam, że jako ostatni pierwiastek, którego synteza jest egzotermiczna, można by go uznać za istotny pierwiastek odgraniczający fuzję jądrową od reakcji rozsczepienia*, co tylko zwiększa mądrość owego przekazu.
Tak czy inaczej, panowie byli naprawdę bardzo mili, poprosili o email (którego po chwili wahania im nie udzieliłem) i ogólnie sprawiali wrażenie bardzo otwartych. Jak rozumiem, chcą poszerzyć swoją społeczność i rekrutują nowych członków. Z innych źródeł słyszałem, że niektóre z tych społeczności organizują bardzo fajne obozy dla aktywnych np. w Afganistanie, ale o tym moja ulotka nic mówi...

* - moi drodzy znajomi-wykształceni fizycy - wszelkie korekty proszę przesyłać na priva- staram się szpanować


środa, 11 stycznia 2012

Reloaded

Wszystkiego dobrego w nowym roku!

Z tej okazji postanowiłem przynajmniej 'postarać' się bloga reaktywować. Jak może niektórym wspominałem, trochę mi się wyczerpała formuła. W listopadzie stuknęły mi cztery lata w Londynie i coraz mniej mnie tutaj zaskakuje (poza bezmyślnością niektórych rozwiązań Wielkiego Imperium Brytyjskiego... jest ona prawdopodobnie zgodnie z Einsteinem nieskończona, w związku z czym ciągle na nowo przekracza wszelkie granice...) w związku z czym moje obserwacje/przemyślenia mogą nie być bezpośrednio związane z Londynem. Tym bardziej, że wydaje mi się, że się ostatnio naprawdę dużo dzieje. (tak, wcześniej też czytałem gazety)

Aha, pragnę przy tym zaznaczyć, że nie ma to żadnego związku z tzw. postanowieniami noworocznymi, których co do zasady nie podejmuje. Wydaje mi się, że jest to najgorszy możliwy moment do wprowadzania zmian i badania zdają się to potwierdzać - wg różnych źródeł 75-90% postanowień jest łamana ([1], [2]).
Większość ludzi podobno poddaje się już 10 Stycznia ([3]), dlatego ja piszę dopiero dziś : )

Miałem dziś dość zaskakujące losowe spotkanie. Idąc za sprawunkami postanowiłem wrócić z Bond Street zaułkami (które zresztą bardzo polecam w okolicach Oxford Street). Rzadko się tam zapuszczam i tak idąc i rozważając bardzo istotne problemy (czy kupić sobie angielskie buty firmy Church's w celach asymilacyjnych) usłyszałem 'Cześć Tadek!' (Nie będę krytykował braku wołacza, bo nie jestem pewien czy tak to dosłownie brzmiało). Otóż, zupełnie przypadkiem spotkałem kolegę, którego poznałem na praktykach w Niemczech jakieś 6 lat temu. Przeniósł się do Londynu w zeszłym roku i pracuje we wspomnianej okolicy.
Nie jest to moje pierwsze doświadczenie tego typu. Kiedyś podczas odwiedzin rodziny postanowiliśmy sobie zrobić zdjęcie z Westminster Bridge z widokiem na Big Bena. Usłyszeliśmy język polski i dostrzegłem stojącego do mnie tyłem (dobrze zbudowanego) pana w bluzie HKS Hutnik. Zaproponowałem żeby ich poprosić o zrobienie zdjęcia, wiedząc, że fani Hutnika to bardzo kulturalnie ludzie (na podstawie próbki dwóch kolegów z Liceum którzy temu klubowi kibicowali [ jeden kiedyś mi pokazał naklejki: "HKS - u nas mecze są bezpieczne", powiedział, że to w ramach żartu drukowali; a więc nie tylko kulturalni ale też z poczuciem humoru ;]). I okazało się, że pan w Hutniku to jeden z moich kolegów. Ot przypadkowo był w Londynie ze znajomymi.

Mieszkańcy Krakowa się raczej dziwić nie będą - w Krakowie codziennie się spotyka znajomych na ulicy (mimo, że jest ich w wiosce kilka ; ). Ale Londyn to naprawdę duża wiocha i odkąd tu jestem zdarzyło mi się może 3 razy zobaczyć przypadkiem kogoś znajomego ulicy [nie liczę np. ludzi z pracy na moim przystanku]. Właściwie wychodzi na to, że równie łatwo jest spotkać przypadkiem znajomych z Europy. Również dwa razy spotkałem znajomych w samolocie z/do Polski, ale to już jest częstsze biorąc pod uwagę, że nie ma ich już tak dużo. Po chwili namysłu: czy to oznacza, że mam więcej znajomych w Europie niż w Londynie 'per capita'? Nie jest to niemożliwe - można powiedzieć, że w Londynie mieszka ponad 1% wszystkich Europejczyków (8 mln z ok 600 mln - nie wliczając Turcji i Rosji).

Na koniec, z tematów dnia - trochę w Anglii jest głośno o tym zabójstwie Irańskiego naukowca. Kiedy spotkałem mojego kolegę wracałem od ortopedy (zdejmowali mi odciski stóp żeby zrobić z nich odlew... właściwie trochę się teraz stresuje wiedząc, że gdzieś tam sobie harcują moje sztuczne stopy - co jeśli ktoś się zdecyduje zostawić moje odciski przy już-nie-tajnej irańskiej bazie wzbogacającej uran?), oglądałem u niego/z nim BBC kiedy wałkowali ten temat. On chyba był Afrykańczykiem, więc poniekąd neutralny, ale często się słyszy z różnych stron wyrazy dezaprobaty. Oczywiście nikt nie chce [groźby] konfliktu nuklearnego, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby takie poczynania wspomagały dążenia pokojowe. Myślę, że takie zabójstwo co najwyżej opóźni uzyskanie przez Iran bomby atomowej, a jak już to nastąpi to relacje będą tylko gorsze.
Nie jestem ekspertem w sprawie historii bliskiego wschodu, ale wydaje się, że Amerykanie (a wcześniej trochę Brytyjczycy) mieli duży wkład w radykalizację Iranu. I chociaż myślę, że z a w s z e ktoś gdzieś wywiera jakiś wpływ na rozwój wydarzeń, to Amerykanie powinni być przynajmniej ostrożni^2... Chętnie bym poruszył ten temat z moim Irańskim fryzjerem, ale zmienił salon i nie wiem gdzie się podział. Albo Irańskie służby specjalne uznały, że infiltrowanie środowisk funduszy hedgingowych w obliczu ich kiepskich wyników nie ma już sensu i go przesunęli bliżej Pałacu Westminsterskiego?

Aha, jeszcze na temat Iranu. Polecam komiks 'Persopolis' M. Satrapi. Myślę, że mógłby być lekturą szkolną. Czytałem go trochę w metrze i innych miejscach publicznych, bardzo mnie bawi myśl, że ludzie dookoła mogą mnie uważać (ze względu na czytanie komiksów w moim wieku) za osobę niepoważną i jak wiele przez to tracą...

Przypisy : )
[1] - http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2009/dec/28/new-years-resolutions-doomed-failure
[2] - https://en.wikipedia.org/wiki/New_Year's_resolution
[3] - http://www.dailymail.co.uk/news/article-2084095/New-Years-resolutions-Today-day-people-up.html?ito=feeds-newsxml

środa, 1 grudnia 2010

Let it snow, let it snow, let it snow...

Czytałem ostatnio na BBC jakiś artykuł o tym, co jest newsem a co nie jest. Dość oczywistym wnioskiem było, że częste wydarzenia są marnymi newsami, bo się ludziom nudzą. Myślę, że to jest trochę przyczyną mojej niskiej aktywności na blogu : ) Niby się dużo dzieje: rozróby studentów pod parlamentem, strajk metra, paraliż miasta spowodowany szufelką śniegu i kolejne bankrutujące państwa czy też firmy. Ale ponieważ mam to na co dzień, to cóż to za news? Gdyby tak np. jakiegoś pięknego dnia (o, jakby dzień był piękny, to byłby jakiś tam już news) żadne metro się nie zepsuło, to byłoby wydarzenie!

We wspomnianym artykule autor mówi między innymi o strajkach. Słyszałem parę razy określenie 'Winter of discontent', ale nie wiedziałem, że odnosi się do zimy 1979 roku, w której w wyniku strajków stracono 29 milionów roboczo-dni. Od tego czasu media przeciwne rządom lubią przywoływać ten temat porównując jakiekolwiek 'industrial actions' do tych sprzed 30 lat. Chociaż tak naprawdę porównywać nie ma do czego, bo mimo dużo większego rynku pracy obecne strajki są 50x mniejsze niż ówczesne. Ale że zdarzają się tak rzadko, to właśnie są dobrym 'newsem'.
Ja się do strajków metra przyzwyczaiłem. Wystarczy wyjść przed godzinami szczytu (czyli np koło 7 rano) i wrócić po (czyli po 19tej) i po kłopocie. A że co druga stacja jest zamknięta, to człowiek nawet szybciej do domu wróci. Związki zawodowe wciąż rozpaczają nad jakąś dobrowolną redukcją zatrudnienia... Myślę, że teraz to im już bardziej chodzi o zachowanie twarzy. Widzą ile ludzi dookoła traci pracę ze względu na kryzys, a dobrze opłacani pracownicy metra albo lotnisk narzekają na niskie podwyżki... Tak więc wysłuchując szefów związków zawodowych (którzy pewnie nic poza szefowaniem nie robią) naprawdę staję się kapitalistą. I nie miałbym nic przeciwko rozwiązaniu związków zawodowych ;)
Trochę bardziej skomplikowana sytuacja jest ze studentami. Ogólnie studia w Anglii są płatne, ale w dużej mierze refundowane przez państwo. Z tego co wiem, większość Brytyjczyków płaci jedynie ok. tysiąca funtów za rok, resztę pokrywa państwo. Kończą studia z długami, bo jednak tutaj bardziej stawia się na samodzielność i zazwyczaj studenci utrzymują się sami (pracując lub z kredytów studenckich). Kredytów nie muszą spłacać dopóki nie zaczną zarabiać pensji dość bliskiej średniej krajowej, co następuje dość szybko, ale i tak oznacza, że raczej przed 30tką kredytu na mieszkanie/dom nie wezmą. [A, to taki przytyk do wszystkich młodych Polaków, którzy narzekają, że po skończeniu studiów nie stać ich na kredyt na wymarzony dom. Brytyjczycy w okolicach 30tki biorą kredyt na cokolwiek, czasem dosłownie na garaż]. Zgodnie z nowym prawem będą musieli płacić do 9 tysięcy funtów za rok studiów, co praktycznie podwoi ich kredyt studencki. Ja myślę, że coś takiego by się w Polsce przydało, żeby przywrócić studiom jakiś sens i status. Ale w Anglii jest dużo niższy odsetek osób studiujących niż w Polsce i raczej niewielu z nich marnuje pieniądze podatnika i rodziców bo fajniej jest się wysypiać i imprezować niż pracować 9+ h dziennie

(Rany, skąd u mnie ten radykalizm dzisiaj? )

Zatem, trochę ich rozumiem. Toczy się teraz dyskusja, czy forma protestów (demolowanie mienia publicznego) jest właściwa. Osobiście jestem skłonny uwierzyć, że to nieliczna grupa anarchistów (być może nawet nie studentów). Chociaż może gdyby kredyty hipoteczne nie byłe tak wyśrubowane to by może ceny nieruchomości były bliższe rzeczywistości.. trudno powiedzieć, dlatego zarzucę ten temat i opowiem o pogodzie.
Spadł śnieg i spora część Anglii jest sparaliżowana. Zdarzyło się to już w zeszłym roku, a tak naprawdę dwa lata temu także, chociaż wtedy zima trwała raptem kilka dni. Z tego co słyszałem, w Polsce też się nam dała we znaki, więc nikogo pewnie opowieści o odwołanych pociągach czy zamkniętych drogach zaskakiwać nie będą. Zaskakująca jest natomiast bezradność Anglików. Nie jestem pewien czy mogę w to wierzyć, ale jeden z pracowników u mnie w biurze nie dotarł we wtorek do domu. Mieszka pod Londynem, jakieś 30-40 mil w linii prostej i normalnie jedzie do domu ok 40 minut. Tym razem jednak cały południowy wschód został sparaliżowany, więc utknął na dworcu w Londynie ok 20tej. Udało mu się złapać jakiś pociąg na południe koło 23tej, który jednak zatrzymał się na jakiejś stacji w połowie drogi bo resztę torów znów zasypało. Spędził noc na stacji/w pociągu, po czym wrócił tym samym składem o 10 rano do Londynu... Historia wydawała mi się nieprawdopodobna (jak można utknąć na noc 15 mil od domu???), dopóki nie znalazłem tego artykułu . Inny pociąg jadący w tym samym kierunku (Londyn - Hastings) zepsuł się, w związku z czym pasażerowie spędzili upojną noc w słabo ogrzewanym składzie. Autobusy dotarły na miejsce dopiero 0 5.30 rano. Można by pomyśleć, że awaria musiała mieć miejsce na jakichś nieznanych jeszcze nauce bezdrożach wysp Brytyjskich... ale nie. Z Londynu do Hastings jest ok 100km a południowy wschód to dość zurbanizowany region. Dużo osób utknęło też na autostradach, które stały się nieprzejezdne dla letnich (uniwersalnych) opon po minimalnych opadach. Historii takich jest więcej, co mnie mimo wszystko trochę zaskakuje. W końcu, Anglia to nie kraj tropikalny i regularnie ze śniegiem ma do czynienia.

Póki co nie narzekam, zawsze to jakaś atrakcja i mniejszy ruch w mieście. Poza tym ja śnieg lubię, a że nie mam telewizji i nie śledzę specjalnie polityki to się nawet za bałwanami stęskniłem...

czwartek, 16 września 2010

London never sleeps

Tytułem nawiązuję po części do jednego z komentarzy (pozdrowienia : ), ale chciałem na ten temat napisać parę słów już jakiś czas temu. Jako że Londyn jest w zasadzie pierwszą metropolią, w której mieszkałem przez dłuższy okres czasu (Krakowa za metropolię nie uważam a wcześniej byłem za młody na refleksje [tej natury]), to trudno mi powiedzieć na ile jest to cecha charakterystyczna Londynu a na ile wielkości... niemniej, muszę powiedzieć, że Londyn naprawdę zdaje się nigdy nie spać. Zacznijmy od tego, że o każdej porze dnia i nocy na ulicach widać ludzi. O 22, o 3 nad ranem, o piątej... zawsze ktoś gdzieś się śpieszy, ktoś uprawia jogging, ktoś wyprowadza psa na spacer itp. I nie mam tu na myśli tylko centrum (które trudno w Londynie zdefiniować), raczej obręb pierwszych dwóch stref komunikacji miejskiej. Na pierwszy rzut oka nic w tym dziwnego. W tak dużym mieście musi być mnóstwo ludzi pracujących w nocy (służby miejskie, naprawy metra, magazyny, hotele, portierzy w biurowcach, sklepy całodobowe etc itp). Ale to nie wszystko. Czytając klasyki literatury rozgrywające się w Londynie (polecam np. Portret Doriana Greya, Dracula, Dr Jeckyll i Mr Hyde, Dickens, Przygody Sherlocka Holmesa) widzimy, że nie dotyczy to jedynie 'klasy robotniczej'. Pan Holmes regularnie wychodził na zwiad/badania po kolacji (a w zasadzie obiedzie, angielski diner je się wciąż dość późno) czyli po godzinie 21. Pan Utterson, szanujący się prawnik i przyjaciel Dr Jeckylla nie miał oporów przed szwędaniem się po mieście po godzinach, "o 22-giej, kiedy sklepy były już zamknięte". Wydaje się, że już ponad 100 lat temu Londyn żył "24/7". Tak więc nic dziwnego, że nawet jeśli dziś metro zamiera po północy miasto wciąż żyje. Z bardziej współczesnych materiałów polecam nominowany do Oskara film Cashback, którego główny bohater m. in. pracuje na nocnej zmianie w lokalnym Sainsbury's (nabawiwszy się bezsenności rozstaniem z dziewczyną). Uprzedzam, że jest tam dużo ładnych nagich pań, ale nie jest to jedyna przyczyna dla której mi się ów film podoba ; ).
Wracając do Londyńskich nocy. Uważam, że moją tezę potwierdza sam język angielski. Słowo night oznacza także późny wieczór, a standardowe pytanie wśród znajomych może brzmieć: what are you up to tonight lub what have you been doing last night? Jeżeli by mnie ktoś w Polsce zapytał 'co robiłeś wczoraj w nocy?' dowiedziałby się pewnie, że spałem. I jeszcze, przeglądając program kulturalny łatwo dostrzec, że atrakcje się bynajmniej nie kończą na dobranocce. Są rożnego rodzaju noce koncertowe (w ramach Proms byłem na Nokturnach Szopena, koncert zaczynał się o 22 a był to wtorek albo środa), przedstawienia, pokazy filmów itp itd. A autobusy komunikacji nocnej są bardzo zatłoczone (drogi zresztą też, chyba parę razy wspominałem, że zdarzało mi się utknąć o 2 nad ranem w korku).

I wszystko to mimo niezbyt sprzyjającej nocnym eskapadom pogody (nawet w środku lata noce są dość chłodne).

Zmieniając temat. Poniekąd. O mentalności anglików z innej perspektywy. Kolega (brytyjczyk) podzielił się ostatnio świetnym pomysłem. Otóż, w Anglii mają tzw. public schools, czyli renomowane szkoły prywatne (chyba chodzi o to, że są finansowane publicznie a nie przez państwo), następnie grammar schools, czyli elitarne szkoły państwowe, catholic schools, które są chyba bezpłatne ale też trzymają poziom i zwykłe szkoły (na które się zwala odpowiedzialność za zjawisko 'binge drinking' [picie do nieprzytomności] i chuliganów).
Przy okazji, czy wspominałem, skąd się wzięło określenie 'pub'? Otóż knajpy to tzw. public houses, w skrócie pubs. Myślę, że wiele to świadczy o funkcji domu w społeczeństwie, skoro w Angielskich domach publicznych się pije i spotyka z kolegami, a w polskich, no, wiadomo.
W każdym razie, grammar schools mają chyba obowiązek preferować lokalnych mieszkańców czy coś w tym stylu. I mój znajomy (którego syn niedługo skończy dwa lata) wymyślił, żeby w odpowiednim wieku syna (te szkoły to odpowiednik naszych Liceów) wynająć mieszkanie/dom w jakiejś drogiej części Anglii/Londynu żeby załapać się do regionu (catchment area) lokalnej, dobrej grammar school. Ot tak na rok, potem już chyba syna nie wyrzucą? Czy tylko mi pomysł przeprowadzki całej rodziny, po to, żeby syn się do lepszej szkoły załapał, wydaje się dziwny? I, czy 2 lata to trochę nie za wcześnie żeby porzucać nadzieję w zdolności syna (jak będzie sprytny to chyba się sam do dobrej szkoły dostanie?).
No nic, w Polsce pewnie albo to się już odbywa, albo niedługo zacznie... Jeżeli jacyś zatroskani (przyszli?) rodzice mojego bloga czytają, to informuję, że według dodatku edukacyjnego The Times najlepsze trzy uczelnie na świecie to: Harvard, Caltech (pozdrawiam kolegę z Caltechu : ) , i MIT. O Polskich uczelniach nic nie wiem, bo opublikowali tylko pierwszą dwusetkę. W pierwszej 10tce był za to Cambridge, Oxford (ex aequo 6 miejsce) i Imperial College London(nr 9). Ah, z tymi Collegami to strasznie skomplikowane jest, bo np właśnie Imperial College London był do niedawna częścią University of London, który z kolei składa się z 30-kilku jednostek (w tym konkurujących ze sobą London School of Economics i Business School of London). Podobnie w Cambridge University jest wiele różnych kolegiów i bynajmniej nie wszystkie należą do pierwszej setki uczelni naszej błękitnej planety. Ale w tych kwestiach niestety jestem ignorantem, bo kiedyś tam uznałem, że brakuje mi samo-zaparcia do pracy naukowej (o czym jestem coraz bardziej przekonany :).

I na koniec, losowa wiadomość z prasy- Brytyjska policja została skrytykowana ze przerwanie pościgu za lokalnym rabusiem, ponieważ uciekał na motorze bez kasku i ewentualny pościg byłby niebezpieczny dla jego zdrowia. Na szczęście sprawiedliwości stało się zadość kiedy kilka dni później ten sam beztroski motocyklista sam wyeliminował się ze społeczeństwa powodując wypadek motocyklowy. Wpadł na drzewo, a że nie miał kasku...

wtorek, 7 września 2010

World goes round

I tak minęło Londyńskie lato (czyli te dwa weekendy, w których od bidy dało się wyjść w t-szercie na miasto), John Lewis rozpoczyna sezon świąteczny (w końcu gwiazdka tuż tuż), miasto zapełnia się powracającymi z ciepłych krajów bankierami a pracownicy metra organizują strajki. Chociaż chyba ich krzywdzę, bo ostatni tak duży był ponad rok temu. W każdym razie, tegoroczny strajk można uznać za udany. Tak wyglądało metro dziś przed 8 rano (linie zaznaczone kolorem nie funkcjonowały - prawie wszystkie, stacje na czerwono były zamknięte).

Moja podróż trwała nieco ponad dwa razy dłużej niż zwykle, ale że wyszedłem z domu o 6.30 to uniknąłem tłumów na przystankach i stacjach. Pogoda była ładna więc specjalnie nie narzekam. Droga powrotna ok. 20tej także była znośna. Tak sobie myślę, że częstotliwość różnych strajków działa na szkodę związków zawodowych. Jeszcze strajk pracowników British Airways z ciekawości śledziłem, ale już przy strajkach kolejarzy (a teraz pracowników metra) ograniczyłem się tylko do sprawdzania opóźnień. Teraz dopiero doczytałem, że nie chcą redukcji zatrudnienia (która byłaby dobrowolna). Argumentują, że zmniejszenie etatów obniży bezpieczeństo podróżujących, chociaż nie wiem jak się ma do tego pan sprzedający bilety na stacji (o te etaty idzie). Ostatnim razem strajki były spowodowane 'niższą od inflacji podwyżką, która była obrazą dla pracowników', odbywały się w 2009 roku, podczas masowych zwolnień w bankach itp. Aha, i ten dzisiejszy jest pierwszym z serii, jeżeli ich żądania nie zostaną spełnione. Cóż, i tak strajkują rzadziej niż Francuzi (co do których krąży opinia, że albo są na urlopie albo strajkują).

Z innych wiadomości, w ramach cięć niektóre gminy zamierzają oszczędzać na oświetleniu ulicznym 'wyłączając je na noc'. Jeden z brukowców skomentował ten komunikat sugestią, aby wyłączyć je kiedy jest jasno. Oczywiście w dzień światła są wyłączone, chodzi o wyłączanie ich w środku nocy 'kiedy nikt nigdzie nie jeździ'. Przy czym w Anglii przepisy dotyczące świateł samochodowych są bardzo luźne. W toerii powinno się ich używać w słabej widoczności, ale w praktyce widoczność jest słaba przez 3/4 czasu w Anglii :) Trudno się w tutejszym kodeksie drogowym zorientować, ale wydaje mi się, że nawet nie ma nakazu włączania świateł w nocy w dobrze oświetlonym terenie zabudowanym. Kierowcy się światłami specjalnie nie przejmują, w zimie często widzę samochody bez świateł jeżdżące przed świtem/po zmroku. Ogólnie w ruchu drogowym Anglicy jakoś nie przejawiają obecnej w innych sferach społeczeństwa troski o zdrowie i (kompletne) bezpieczeństwo obywatela. Znów, nie jestem całkowicie pewien czy można przechodzić przez ulicę na czerwonym świetle, ale wszyscy tak robią (łącznie z policjantami). Zauważyłem także, że toleruje się 'przeskakiwanie' czerwonych świateł przez rowerzystów, zwłaszcza kiedy owo skrzyżowanie łączy jedynie dwie drogi w jedną (ta bardziej lewa jest poniekąd bezkolizyjna dla rowerzysty). Wreszcie, na wielu drogach nie ma narysowanych pasów, a jeżeli są, to są traktowane raczej jako 'sugestia'. Na kilku dużych rondach w Londynie nie ma w ogóle pasów a samochody jadą w dwóch lub trzech 'rzędach'.

Ah, bo tak w ogóle to przyłączyłem się do klubu samochodowego. Dzięki temu mogę pożyczać jeden z ok 1500 samochodów zaparkowanych po całym Londynie na godziny. Musze go co prawda wcześniej zarezerwować (przez internet albo telefon) ale potem otwieram go swoją kartą magnetyczną, używam, odstawiam na miejsce (za dopłatą może być inne niż początkowe) i wracam do domu. Bardzo przydatne rozwiązanie. Wczoraj zainaugurowałem sezon automobilistyczny. W pracy pytali się mnie czy się stresowałem/bałem- cóż, ja nie : ) za innych uczestników ruchu (zwłaszcza tego jednego rowerzystę, który mnie spotkał po swojej stronie ulicy po pewnym skręcie, i którego najmocniej przepraszam...) odpowiadać nie będę.

piątek, 23 kwietnia 2010

We don't have any problems

W zasadzie to chciałem wcześniej napisać, ale tyle się działo... Chciałbym także móc lepiej zreferować jak Wielka Brytania przeżyła tragedię, która się wydarzyła w Polsce, ale telewizora nie posiadam (od pewnego incydentu z cegłą) więc wiadomości telewizyjnych nie śledzę. Ale z tego co podejrzałem/przeczytałem tu i tam też nic specjalnego nie wynika. Oczywiście był to przez chwilę temat dnia, były transmisje, komentarze; jednak dość szybko powrócono do tematu wyborów do Brytyjskiego parlamentu. Tylko BBC mnie zaskoczyło, pisząc, że Polacy dla uhonorowania ofiar ustawiają 'małe szklane słoiczki z płonącymi świeczkami w środku'. Czasem czuję się bardzo egzotycznie będąc Polakiem. Komentarze w BBC są/były bardzo stonowane, jest to coś czego na pewno dziennikarstwu Polskiemu brakuję. Wspomniano, że prezydent był pod pewnymi względami postacią kontrowersyjną, ale wszelkie podejrzenia co do przyczyn wypadku taktownie (i rozsądnie) przemilczano.

A potem oczywiście nadeszła chmura... i paraliż. Jak co poniektórym wiadomo, Anglia znajduje się na wyspach (aha, kiedyś o tym muszę napisać, jak to Anglicy się obrażają na określanie ich mianem Brytyjczyków itp), więc paraliż lotniczy był wyjątkowo dotkliwy. Błękitne, puste niebo nad Londynem jest dość rzadkim widokiem przy jego pięciu lotniskach... W ostatnich dniach zaangażowano nawet marynarkę wojenną do przewożenia Brytyjczyków na wyspy. Trochę szkół było zamkniętych z powodu braku uczniów/nauczycieli, firmy miały problemy itp itd. Mówi się o 'bailoutcie' linii lotniczych na podobnych do banków zasadach, ale o tym pewnie wszędzie piszą. To także był dość popularny temat w mediach, chociaż zaskoczył mnie całkowity brak spekulacji na temat aktywności wulkanu- ograniczano się do prognozowania ruchy chmury. Przy okazji dostało się Met Office. Oficjalne biuro meteorologiczne zaliczyło ostatnio dwie spore wpadki, najpierw prognozując cudowne lato w 2009 roku (jedno z najchłodniejszych w dekadzie) a potem podtrzymując prognozę lekkiej zimy (najzimniejsza od 30 lat, paraliż kolejowy, drogowy itp itd). Jeśli rzeczywiście Ci sami analitycy zajmowali się propagacją pyłu, to może faktycznie nie było problemu. Aha, i pojawiły się żarty typu: 'Bank of England tells Iceland: We asked for CASH not ASH' albo fałszywe (mam nadzieję ; ) anonimy po Islandzku żądające 30 mln funtów w zamian za wyłączenie wulkanu (albo 'billions' czyli miliardów).

Potem dotarła do nas informacja o aferze z Goldman Sachsem (jeden z ostatnich banków inwestycyjnych po upadku Bear Stearns, Lehman Brothers i przejęciu Merrill Lyncha), akurat oglądałem jakiś kanał informacyjny kiedy ogłoszono oskarżenia... przez parę sekund wartość akcja spadała o 0.5% na sekundę ; ) Swoją drogą, pocieszające, że i w Anglii są ludzie którzy się cieszą z cudzych problemów (o Goldman Sachsie mówiło się, że jest to tak doskonała instytucja, że nawet wsparcie techniczne [IT support] tam działa, ja myślę, że to mimo wszystko przesadzone plotki ale mimo to nie są zbyt lubiani).

Aha, jeszcze pozwolę sobie na chwilę powrócić do tematu pyłu i katastrof lotniczych. Jednym z argumentów za zamknięciem przestrzeni powietrznej był tzw. Jakarta Incident czyli lot British Airways Nr 9. W 1982 Boeing 747 lecący z Heathrow do Auckland (z przystankami) wleciał w chmurę popiołu niedaleko Dżakarty, powodując awarię wszystkich 4 silników. Ostatecznie po 'przeszybowaniu' 169 km podczas 23 minut swobodnego spadania silniki ponownie odpaliły pozwalając na awaryjne lądowanie podczas którego nikt nie został poszkodowany. Niemniej do historii przejdzie być może (najwidoczniej angielski) kapitan. Tuż po awarii silników zakomunikował pasażerom (w wolnym tłumaczeniu):

Panie i Panowie, mówi kapitan. Mamy mały problem. Wszystkie cztery silniki przestały działać. Robimy wszystko co w naszej mocy, żeby je przywrócić do działalności. Mam nadzieję, że nie przysparza to Państwu zbyt wielu zmartwień.

Komunikat ten określono jako 'arcydzieło niedomówienia' (masterpiece of understatement). Przypomniało mi się to ostatnio, kiedy utknąłem w metrze. Jak już wiele razy wspominałem, wsiadając do metra trzeba być przygotowanym na różnego rodzaju przygody. Kiedyś np. na jednej z nowszych linii zawiodła trakcja co zakończyło się spacerem pasażerów po tunelach metra. Zawsze chciałem coś takiego przeżyć, i ostatnio prawie mi się udało. Wracałem metrem z pracy, kiedy nagle większość świateł się wyłączyła (to akurat normalne) i pociąg zaczął zwalniać (to mniej normalne). Po chwili pociąg wytracił całą energię kinetyczną i utknęliśmy w półmroku w tunelu. Wtedy odezwał się maszynista mówiąc:

Proszę państwa, nie mamy żadnych problemów, ale straciliśmy zasilanie (Ladies and Gentlemen, we don't have any problems, but we lost the power supply).


Oczywiście, brak zasilania w metrze, w ciemnym tunelu, to żaden problem w porównaniu z awarią wszystkich silników Boeinga 747 nad oceanem indyjskim. Okazało się jednak (niestety!), że pierwszy wagon był już na stacji. Poczekaliśmy więc 20 minut, prądu nie dowieźli, więc zaczęła się ewakuacja przez pierwszy wagon. Ktoś jednak przeoczył, że nasz pociąg złożony jest z dwóch składów, między którymi nie ma przejścia. Połowa pasażerów nie mogła wysiąść... Na szczęście w połowie ewakuacji energia wróciła. Tak więc wszyscy pasażerowie z pierwszej części zostali wyproszeni na peron, tam poczekaliśmy około 2 minut, po czym pociąg ruszył, wjechał na stację, wypuścił pozostałych pasażerów a czekający na peronie (między innymi ja) wsiedli z powrotem i pojechaliśmy dalej : ) No i czyż jazda metrem nie jest atrakcją?! Fakt, że nie tanią, ale nawet w wesołym miasteczku nie ma takich atrakcji : )

wtorek, 23 lutego 2010

Religions, minorities and dessert storms

Być może świat jest jednak bardziej skomplikowany niż mi się wydaje ; ) Na ten wniosek złożyło się parę zupełnie przypadkowych sytuacji i informacji, które się na mnie niedawno rzuciły...

Zacznę może od tego, że obecnie jeżdżąc do pracy czytuje sobie Imperium Kapuścińskiego, po angielsku, bo akurat taki egzemplarz mi wpadł w ręce. Muszę przyznać, że stosunkowo późno odkryłem uroki czytania w środkach masowego transportu i wciąż jestem pod wrażeniem kontrastu pomiędzy moim otoczeniem fizycznym a takim, psychicznym, czyli ogólnie światem do którego wciąga mnie autor. Otóż siedzę sobie (a dużo częściej stoję w ścisku) w dość sterylnym wagonie pociągu, który z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, parędziesiąt metrów pod ziemią, transportuje setki ludzi na ich ważne spotkania, wykłady, zakupy lub po prostu do domu. Ludzi białych, żółtych, czarnych, śniadych, czerwonych (ze złości?), bladych (z braku powietrza pewnie ;)... Niektórzy ubrani w bardzo drogie garnitury, inni w stroje robotnicze a jeszcze inni w dresy, trampki, dżinsy... Jedni poobwieszani łańcuszkami, inni jakimiś sznureczkami, inni z frotkami a znów inni (inne) z ekskluzywnie wyglądającą biżuterią. Jedni grają na iPhonie, inni czytają gazety, książki; czasem ktoś ma biblie, koran albo jakieś materiały naukowe (dziś widziałem u jednego z pasażerów poradnik na temat instalacji elektrycznych w przyczepach kempingowych, z tego co pamiętam do głównej instalacji należy użyć kabla 4mm2). Zazwyczaj w ciszy, rzadziej cicho rozmawiając ze znajomymi. [Tak na marginesie, w metrze potrafi być naprawdę cicho. Jakoś w zeszłym roku, w któryś (jeszcze w miarę) letni miesiąc czekałem na swojej stacji. Były problemy z sygnalizacją, składy rzadko jeździły i zrobił się na platformie spory tłum, w związku z czym stacje zamknięto (nie wpuszczano więcej ludzi). Musiało być z 30 stopni. Wzdłuż całej platformy, która jest dość wąska, stało przynajmniej kilkuset ludzi. Mimo to nie było słychać praktycznie żadnych odgłosów poza szelestem gazet i jakimś rzadkim chrząknięciem! Zupełnie jak w filharmonii tuż przed rozpoczęciem koncertu.]
Zatem, siedzę w tym 'kotle', pośród całej tej różnorodności i czytam o burzy pustynnej w jakiejś zapomnianej przez świat wiosko-oazie w Turkmenistanie. I naprawdę niewiele brakuje, żeby hałas pociągu wziąć za szum owej burzy, a siedzącego obok egzotycznie ubranego współpasażera za lokalnego mieszkańca, członka jakiegoś klanu nomadów. Zwłaszcza, że pewnie jest tysiące kilometrów od domu... Tylko potem wychodzę z wagonu, jeszcze krótki spacer po katakumbach metra i nagle jestem znów w Londynie, w ulicznym hałasie, (w deszczu ; )...

Ale to nie wszystko. Właśnie przed chwilą czytałem dwa artykuły w internecie, jeden o tym, jak to europejska cywilizacja wymiera i jest wypierana przez imigrantów, którzy się nie asymilują. Drugi to komentarz Anny Appelbaum o możliwości konfliktu Izraelsko - Irańskiego. I znów, z jednej strony państwa dość odległe, problemy z którymi trudno się utożsamiać. Z drugiej strony, Appelbaum właśnie nam (a raczej amerykańskiej administracji) przypomina, że jednak nas one dotyczą. Appelbaum, żona Sikorskiego, o którym ostatnio też i tutaj trochę głośniej. I do tego wszystkiego dochodzi to, że dziś byłem u fryzjera, który jest z Iranu (konkretnie, z Teheranu). W gazecie: groźba konfliktu nuklearnego. U fryzjera: pogoda w Iranie. I: Iran jest 18 największym państwem świata (powierzchniowo), ponad 5 razy większym od Polski. Na północy kraju zimy są ponoć bardzo srogie. (Czy Amerykanie powinni wykonać atak prewencyjny?) Mój pan fryzjer dzwonił rano do domu, różnica czasu 3,5 h (trzy i PÓŁ oO), u rodziców paręnaście stopni. (Na pewno będą musieli przystąpić do wojny jeśli Iran w odwecie zaatakuje jednostki Amerykańskie).

...

Natomiast jeśli chodzi o kulturę europejską, i problemy z integracją (ah, lepsze słowo niż asymilacja ; )- na pewno wszyscy słyszeli o różnych problematycznych sytuacjach, w których granica między absurdalnymi żądaniami a dyskryminacją jest trudna do uchwycenia. Czasem po prostu brakuje informacji, żeby poprawnie ocenić sytuacje. Słyszałem kiedyś o pozwie pewnego policjanta, Sikha (wyznawcy Sikhizmu), który poczuł się dyskryminowany kiedy kazano mu nałożyć hełm podczas ćwiczeń oddziałów prewencji (anti-riot training). Oczywiście bardzo to przeżywał, chorował, musiał brać wolne itp., ostatecznie sąd przyznał mu rację i dziesięć tysięcy funtów odszkodowań. W pierwszej chwili byłem tym trochę zaskoczony, ale potem się okazało, że ów człowiek był wcześniej zapewniany, że turbanu zdjąć nie musi, a później był rzeczywiście szykanowany. Aha, oczywiście poszkodowany nie chciał zdjąć turbanu z powodów religijnych.
Sikhizm jest dla Brytyjczyków chyba dość kłopotliwą religią, zwłaszcza że jednym z pięciu symboli wiary ("ks"), które każdy Sikh powinien nosić przy sobie jest rytualny sztylet. A to stoi w sprzeczności z bardzo rygorystycznym prawem zakazującym posiadania jakichkolwiek ostrych narzędzi (w związku z ich regularnym nadużywaniem przez młodzież imprezującej stolicy). Pojawił się problem ze szkołami, które bezczelnie zakazały młodym Sihkom przynoszenia sztyletów na lekcje. Ciekaw jestem, co by społeczność Sikhów uczyniła, gdyby w ich szeregu znalazł się jakiś młodociany mistrz ciętej riposty? Albo jeżeli ktoś wniesionym z powodów religijnych na pokład samolotu sztyletem sterroryzuje załogę?
Wielka Brytania już w paru przypadkach dostosowała swoje ustawodawstwo do różnych religii. Np. na budowie obowiązują kaski, ale nie dotyczy to osób, które z powodów religijnych chcą przebywać w turbanie. Za to z odpowiedzialności cywilnej budującego wyłączone są uszkodzenia ciała, którym kask by mógł zapobiec. Podobnie jest w przypadku jednośladów. W Anglii jest też jeden sędzia, który przewodniczy sądom w turbanie (zamiast tradycyjnej peruki). Był on ostatnio krytykowany za forsowanie przyzwolenia na wspomniane powyżej sztylety. Brytyjska policja zastanawia się także nad wprowadzeniem kuloodpornych turbanów.

Cóż, pochodzę z kraju, który chyba ma słusznie opinie niezbyt tolerancyjnego, więc czasem sam się zastanawiam na ile w moich przekonaniach jest rozsądku a na ile nacjonalizmu : ) Obstaje jednak przy tym, że owi imigranci wykorzystują europejską otwartość i idee równości, niechcący niszcząc system od środka. Badania pokazały, że wielodzietne rodziny imigrantów średnio otrzymują więcej pomocy od państwa niż podobne rodziny brytyjskie. Ale może to tylko zaradność? Natomiast na pewno absurdem jest sytuacja, o której dowiedziałem się od znajomego anglika. W urzędzie sąsiedniej dzielnicy jest bardzo dużo obcokrajowców, imigrantów itp. Żeby się czuli komfortowo i żeby mogli się podzielić swoimi doświadczeniami problemami, mają raz w tygodniu 'spotkania mniejszości' (minority meetings). W godzinach pracy idą do wyznaczonych grup i mogą się integrować. Siostra znajomego ostatnio dostrzegła, że kiedy owi pracownicy idą na te swoje spotkania, w biurze zostaje tylko ona i jeszcze jedna osoba (która do tego jest Polką:)! Chyba powinni zamiast tego mieć jedno spotkanie, mniejszości brytyjskiej... Ale może się to już po prostu nie opłaca??

poniedziałek, 15 lutego 2010

Go Crystal Palace!

Wczoraj był mój pierwszy raz. Pierwszy raz oglądałem mecz na żywo. Jak wiadomo (co poniektórym) pochodzę z niewielkiego centralno-europejskiego miasta, w którym jest raptem kilkanaście klubów piłkarskich. To, że mieszkam w spacerowej odległości od stadionu mistrza polski także jakoś nie wpłynęło na moje zainteresowanie tym sportem (a może właśnie wpłynęło? Zajęcia z survivalu kiedy przypadkiem znalazłem się w tej okolicy w dniu meczu...) Tak czy inaczej, zdradziłem moją duszę polskiego kibica i pierwszy raz na żywo oglądałem mecz w UK. Były to rozgrywki pucharowe pomiędzy 2-go ligowym klubem Crystal Palace i pierwszoligowym Aston Villa. Jak w chyba w każdym kraju, nazewnictwo lig jest tutaj dość pokręcone. Pierwsza liga to premier league, druga to championship, trzecia to first league itd. Byłem dość zaskoczony rozmachem tego spotkania (biorąc pod uwagę, że gra odbywała się na stadionie drużyny drugoligowej), ale zostałem oświecony: Otóż, podobno najliczniej śledzone rozgrywki europejskie to: 1 liga brytyjska, 1 liga hiszpańska, 1 liga niemiecka i ... 2 liga brytyjska (tzn championship league). Potem dopiero jest włoska 'ekstraklasa'. Klub któremu kibicowałem (przez grzeczność dla mojego gospodarza : P), Crystal Palace, był dawniej w pierwszej lidze, ale obecnie boryka się z różnymi problemami (np. dwa tygodnie temu zbankrutował : ). Mimo to ich stadion mieści 26 tyś kibiców, i był tak na oko w 80% nimi zapełniony (kibice przeciwnej drużyny jakoś nie dopisali...). Ostatecznie wynik był 2:2, przy czym Palace przez większość gry prowadził, co jest wg mnie nie lada osiągnięciem w grze z jednym z 5 najlepszych klubów najbardziej popularnej ligi europejskiej. Nazwa Crystal Palace pochodzi oczywiście od szklanej konstrukcji, która stanęła w 1851 roku w Hyde Parku na potrzeby Wielkiej Wystawy Światowej. Po wystawie został przeniesiony poza Londyn, do Kent, i właśnie z tamtej okolicy pochodzi klub Crystal Palace. Niestety, konstrukcja spłonęła pod koniec listopata 1936 roku. Wielka szkoda ; (
Jeśli chodzi o sam styl gry to za dużo do powiedzenia nie mam, jestem kompletnym ignorantem, chociaż muszę przyznać, że długość akcji (liczona liczbą udanych podań) była imponująca, tak samo jak triki prezentowane przez piłkarzy (np. bardzo udane przechwycenie piłki kopnięciem połączonym z pół-saltem do tyłu, 'wykopanie' piłki pod ramieniem przeciwnika [stojąc za nim] i parę innych, które trudno opisać).
Kibice zachowywali się spokojnie, ale trzeba przyznać, że gra była dla fanów Palace dość udana. Ich drużyna spisała się bardzo dobrze (mój znajomy optymistycznie zakładał, że przegrają jedynie 0:1). Kibice przeciwnika, których było tak z 20 razy mniej, nie raczyli zaprotestować. Atmosfera na stadionie mimo kiepskiej pogody (deszcz) była bardzo przyjemna, dużo piosenek, okrzyków bojowych itp itd (aha, wspomniałem, że wszystkie 26 tyś miejsc jest pod dachem?). Nie było żadnych rac i burd... Z drugiej strony, odniosłem wrażenie, że jest to klub wspierany raczej przez starsze pokolenie Brytyjczyków. Nie mówię, że są oni spokojniejszymi kibicami ; ) ale burd raczej nie wszczynają. Ot, po meczu każdy wraca do swojej limuzyny i na piwo. Mimo niedzieli, wszyscy sprawiali wrażenie zadziwiająco (jak na anglików; ) trzeźwych.
Powrót też przebiegał spokojnie, w pociągu wytworzyła się nawet na tyle intymna atmosfera, (z powodu strasznego ścisku), że ktoś życzył wesołych walentynek. Poza tym była prowadzona luźna dyskusja na cały wagon na temat meczu, że tak powiem, ponad przedziałami (przedziałów w regionalnych pociągach nie ma, ale i tak ludzie stali w s z ę d z i e).

Jeśli chodzi o same walentynki, to nie mam za dużo do powiedzenia ; ) Ot, kolejny punkt w kalendarzu sprzedaży hipermarketów i centrów handlowych. Póki co widzę to tak: wrzesień-październik- początki wyprzedaży świątecznych. Tuż po świętach: przygotowania do walentynek (pokrywają się z wyprzedażą noworoczną). Tuż przed walentynkami zaczyna się mania wielkanocna. Jakoś w latach ubiegłych umknął mojej uwadze okres kwiecień-wrzesień. Pewnie mieszanka ofert wakacyjnych oraz końca i początku roku szkolnego.
W same walentynki ceny w restauracjach bywają wyższe, trudno jest o stoliki, a w telewizji... nie mam pojęcia co się dzieje w telewizji, bo TV nie posiadam (m. in. za sprawą słynnej cegłówki, która się teraz grzeje przy moim kaloryferze : ).

Aha, jeszcze na koniec, odnośnie tego, że pochodzę z miasta centralno-europejskiego. Ostatnio czytałem komentarz korespondenta The Economist na temat Polski. Śmiał on napisać artykuł o obecnej sytuacji ekonomiczno-politycznej w Polsce, wg mnie bardzo zrównoważony i rzetelny. Natychmiast został skrytykowany w komentarzach (aha, przy okazji, komentarze na BBC są moderowane, może powinniśmy wprowadzić to na forach Onetu i Gazety.pl? Już nawet nie chodzi o to jak czysty internet w Polsce by się stał, Ci wszyscy ludzie, którzy całymi dniami siedzią i wpisują bezdennie głupie komentarze musieli by się wziąć do pracy! Myślę, że zyskalibyśmy 0.8% wzrostu gospodarczego rocznie jak nic! ; ); widocznie polakom w Anglii nudzi się tak samo jak tym w Polsce. W ramach riposty słusznie zauważył jak trudno jest pisać o Polsce. Poczynając od lokalizacji (europa wschodnia już wydaje nam się dyskryminacją), poprzez rozmiar (jesteśmy jednym z największych państw? jak odnieść się do Rosji i Ukrainy? I znów, ich lokalizacji? całość: The Economist). Najwidoczniej zirytowany autor stwierdza, że chyba najbezpieczniej jest nic nie pisać. I coś niestety w tym jest... czego o nas nie napiszą, i tak się przyczepimy :) W takich chwilach cieszę się z mojego wąskiego grona odbiorców :P Których oczywiście serdecznie pozdrawiam!

środa, 13 stycznia 2010

Snowdown in little London

Jak wszyscy pewnie gdzieś mieli okazję przeczytać/usłyszeć, w Londynie spadł śnieg. Ogólnie nie ma w tym fakcie nic zaskakującego, śnieg (w niewilekich ilościach) pojawia się tutaj co roku. I chociaż tym razem spadło go wyjątkowo dużo, miałem déjà vu ze stycznia ubiegłego roku, kiedy to równierz relatywnie (jak dla Polaka) niewielka ilość śniegu doprowadziła do ogólnokrajowej paniki i paraliżu.

Podejrzewam, że jedynie brak świadomości, że inne kraje muszą sobie radzić z dużo cięższymi atakami zimy nie powoduje linczów na lokalnych (lub krajowych) ośrodkach władzy. Na pewno częściowo anglicy są sami sobie winni. Opony zimowe nie są tutaj specjalnie popularne (czyt. większość anglików nie wie o ich istnieniu), i oczywiście kierowcy nie mają doświadczenia z takimi warunkami pogodowymi. Dzięki temu co roku tysiące samochodów utyka na drogach lub powoduje blokujące je karambole. To z kolei utrudnia pracę pługów i piaskarek. Tych ostatnich jest oczywiście za mało, z drugiej strony trudno oczekiwać, żeby na te 5 dni zimy w roku Wielka Brytania kupowała tysiące maszyn. Natomiast strategia użycia soli, piasku i żwiru wydała mi się trochę bezsensowna- w mojej dzielnicy tylko raz posypano chodniki piaskiem, fakt, że bardzo dokładnie, ale zanim spadł śnieg. Chyba obawiano się zamarzającej mrzawki, ale oczywiście i tak zamarzła na śniegu. Można zapewne też mieć pretensje do odpowiednich służb o zbyt małe zapasy. Od początku zajmowana się tylko głównymi drogami, a zapasy są już praktycznie na wyczerpaniu. Ciekawe, czy w związku z tym w tym roku będzie dużo mniej soli w tych wszystkich sandwitchach i gotowych daniach... Wydaje mi się, że zawartość dwóch kanapek wystarczyła by na moją drogę osiedlową. Temu winny może być dyrektor głównego biura meteorologicznego, który uparcie zapowiadał bardzo lekką zimę. Dostał za to podwyżkę i teraz zarabia więcej niż premier (ok 200 tyś funtów rocznie).
Wiem, że w Polsce też były problemy z koleją, że magistrala była wyłączona i niektóre pociągi miały kilkugodzinne opóźnienie. Ale tutaj nie było wichur zrywających trakcję, ani kilkudziesięcio stopniowych mrozów, a koleje były sparaliżowane w dużo większym stopniu (z tą różnicą, że tutejsi przewoźnicy po prostu odwołują połączenia, często 'na zapas'. W związku z tym opóźnień prawie nie ma : ) Wydaje mi się, że jest to spowodowane różnicami w technologii. Tutaj większość kolei elektrycznych pobiera prąd z 3 szyny. Można sobie łatwo wyobrazić, że taka dość duża szyna dużo łatwiej się obladza niż trakcja nadziemna (czy jak tam się takie tramwajowe nazywają), przerywając obwód. Wystarczy trochę wody i minusowe temperatury i pociągi nie pojadą. Same lokomotywy też nie są na takie warunki przygotowane- grudniowe awarie Eurostara były najprawdopodobniej spowodowane drobnymi płatkami śniegu, które się przedostały do silnika. Nie żeby to kogoś naprawdę interesowało. Anglicy zadawalają się wyjaśnieniem 'due to snow' (albo, w dramatyczniejszej wersji, 'due to heavy snow'). Lokomtyw spalinowych (nieekologicznych) pewnie jest też mało.
Jeśli do tego wszystkiego dorzucić niedostosowane do niskich temperatur buty i płaszcze, to wręcz zaskakującym jest iż anglicy ten armagedon przetrwali. Oczywiście dużo więcej w tym wszystkim sensacji niż faktów, ogłaszania największych opadów od 30 lat i najniższych temperatur od kiedyś tam... Zawsze można znaleźć takie newsy. W sumie, wolę chyba to, niż nowe badania spadku popularności jakiejś partii natychmiast dementowane nowymi badaniami o wzroście popularności tej samej partii : )

Dziś znów spadł lekki śnieg, ale ludziom się już chyba trochę znudziło panikowanie. Ileż można używać tej wymówki do leniuchowania w domu? Tak więc powoli chyba świeże opady stają się, jak to mawiają niemcy, wczorajszym śniegiem, ustępując miejsca nowym bonusom w bankach, trzęsieniu ziemi na Haiti i innym problem globalnej wioski.

I jeszcze na koniec takie skojarzenie z brytyjską komedią romantyczną 'Love Actually'. Tylko w romantycznych komediach ludziom udaje się gdzieś z Londynu wylecieć w okresie świątecznym : )

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Another (new) year in London

Na jedną rzecz na pewno nie mogę narzekać – brak urozmaicenia. Z konieczności (zazwyczaj ekonomicznej, rzadziej praktycznej) zdarza mi się latać różnymi liniami, samolotami, trasami; lądować na różnych lotniskach w różnych warunkach pogodowych... Tym razem leciałem przez Monachium. Miałem tylko paredziesiąt minut na przesiadkę, a samolot z Krakowa wystartował z opóźnieniem (przez opóźniony przylot z Monachium). W związku z tym udało mi się załapać na 'specjalne traktowanie'. Kiedy wylądowaliśmy w Monachium, przy samolocie czekało już 6 albo 7 białych busików, każdy czekający na garstkę pasażerów transferowych. Kierunek Londyn skompletował się dość szybko i nasz busik umiejscowił się w środku stawki. Było w tym coś z dziecięcych zabaw resorakami/w lotnisko. Samolot wylądował, busiki się momentalnie zapłeniły i popędziły każdy w swoją stroną, początkowo jadąc jednym pasem a następnie 'rozsypując' się w kierunku różnych terminali i rękawów, wtasowywując się w dość spory ruch lotniskowej obsługi (składający się z wyglądających jak zabawki trakorów z wagonikami bagaży, małych samochodów obsługi naziemnej, autobusów z pasażerami, policji itp. itd. Jako że lot był poza granice EU (Anglia nie podpisała czegoś tam dzięki czemu każdorazowo się czepiają) musieliśmy najpierw przejść kontrolę dokumentów. Kierowca wysadził nas przy jakimś pokoiku, przeprowadził wszystkich przez szybką kontrolę dokumentów, zapakował z powrotem do busa, po czym zaparkował po drugiej stronie ulicy (dosłownie 10m dalej! Zapewne nie mógł pozwolić nam latać po płycie lotniska), znów wysiadł, obiegł busika i wskazał klatkę schodową do naszego rękawa. W samolocie czekał nas jeszcze jeden miły akcent, okazało się że w tym pośpiechu pędząc na przełaj przez lotnisko wyprzedziliśmy właściwych pasażerów, także mogłem się spokojnie rozlokować w zupełnie pustym Airbusie A320. Pewnie gdyby nie Niemiecki porządek, to bym bagaż zobaczył za 3 dni, ale udało im się go przerzucić.

Dość szybko wystartowaliśmy, dostałem tą samą bułę co w tamtą stronę (tzn, tego samego typu). Ciekawa obserwacja: lot z Krakowa do Monachium trwał mniej więcej tyle samo, tylko samolot był mniejszy - może dlatego bułka w pierwszym locie była mniejsza? Taka 8 na 5 cm, może by się większe nie zmieściły? A, ową mniejszą bułkę spożyłem w towarzystwie sympatycznyego pana z Istambułu, który spędził sylwestra gdzieś w czechach a następnie przyjechał zwiedzić Kraków. Bardzo żałował, że musiał podziwiać rynek (sukiennice) w trakcie remontu, a następnie że przegapił imprezę na rynku, o której nie miał pojęcia. Te 6 (czy 7) busów wiozących pasażerów na inne połączenia uświadomiło mi jak bardzo Kraków się już zapętlił w sieć międzynarodowych połączeń. Ludzie lecieli dalej m. in. do Brna, Malagi, Frankfurtu … Hm, tak teraz sobie przypomniałem, że po pana do Istambułu żaden bus nie przyjechał, mimo że miał odlot o tej samej godzinie co ja... Mam nadzieję, że zdążył.

Wreszcie, muszę przyznać, że pomimo całej przykrości z którą się wiąże każdorazowo opuszczanie Krakowa, Londyn nocą wygląda pięknie. Zrobiliśmy kółko nad Canary Wharf, zastanawiałem się czy mrugające światełka to migające na ekranach traderów skoki cen z wciąż jeszcze czynnych rynków azjatyckich ;), zobaczyłem z góry Tower Bridge, Big Bena i Londyński oko, a potem polecieliśmy na Heatrow (tu muszę dodać, że chyba nie każdego owa nocna panorama zachwyciła, pasażer za mną dostał torsji tuż po wylądowaniu... przyznaję, zetknięcia z ziemią Jej Królewskiej Mości też średnio dobrze znoszę, chociaż udaje mi się zachować te uczucia w sobie [zresztą, tak czy owak są bardziej abstrakcyjne]).

Być może dzięki temu zamieszaniu przy przesiadce uniknąłem kolejnej kontroli bezpieczeńśtwa i ściągania butów. Póki co konsekwencji ostatniego nieudanego zmachu nie widziałem, ale wyczytałem w samolocie, że Wielka Brytania wprowadzi 'najszybciej jak tylko praktycznie możliwe' skanery nowej generacji i szukanie drobinek materiałów wybuchowych. Mimo kontrowersji z owymi skanerami związanymi (naruszanie godności osobistej poprzez zbyt dokładne obrazowanie ciała). Ponoć owe skanery i tak by nie wykryły tej bomby (mówi się o 80g materiału wybuchowego... tyle to niektórzy mogą w dziurach w zębach schować, jak tą przysłowiową pierwszą banie), zresztą jak wiadomo 100 ml to nawet płynu można przewieźć. A z tym niuchaniem materiałów wybuchowych to już by w ogóle była tragedia, z tego co pamiętam obecne bramki tego typu potrzebują na analizę do kilku minut; opóźnienia byłyby co najmniej jak na 5 terminalu Heathrow.

Pamiętajcie moje słowa! Za parę lat to nago będziemy latać. Albo wrócimy do dyliżansów pocztowych.

Wszystko to piszę na świeżo siedząc w metrze, którym jeszcze chwilę będę jechał do pracy tfu do domu... O ile domem można nazwać ten zestaw pomieszczeń wyposażonych w ledwie podstawowe środki do życia... (poza winem, którego chyba nie mam).

Dopisane w domu: Wina rzeczywiście nie ma, za to na ulicy przed domem powitała mnie swojska puszka po piwie LECH : )



poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Smash and Grab

Podczas gdy Londyńska policja bawiła się w podchody z uczestnikami obozu klimatycznego, który ma się rozpocząć w środę, miał miejsce kolejny głośny 'smash and grab'. Wydawałoby się, że w centrum Londynu, 14 milionowego miasta, które się rozciąga w każdą stronę na kilkadziesiąt kilometrów, nie można po prostu wybić szyby i uciec z łupem. Tak naprawdę jest to jednak bardzo popularny sport wśród młodzieży (i nie tylko). Gazety jeszcze nie przestały pisać o postępach w śledztwie dotyczącym kradzieży biżuterii wartej 40 mln funtów z Bond Street (napad miał miejsce w biały dzień, przypadkowi przechodnie z czystego zainteresowania sfilmowali napastników), a już miał miejsce kolejny dość spektakularny atak na jubilera naprzeciwko Harrodsa. Oba miejsca są dość ruchliwe i znajdują się w centrum najbardziej prestiżowych dzielnic (Mayfair i Knightsbridge).
W zeszłym roku z kolei gang skuterowy dokonał kilkunastu skutecznych napadów na sklepy z markowymi torebkami, uciekając za każdym razem z łupem wartym kilkadziesiąt tysięcy funtów. Nie do końca rozumiem jakim cudem można w biały dzień uciec policji w mieście, które ma chyba najwięcej kamer przemysłowych na ziemi i średnią prędkość przelotową 18km/h (korki). Policja zazwyczaj jest dość bezradna, publikują portrety pamięciowe albo zdjęcia z owych kamer, czasem kogoś złapią, często nie... Trochę to chyba przypomina 18 wieczny Londyn, kiedy to na traktach podmiejsckich grasowały grupy uzbrojonych łotrzyków. Teraz mają skutery zamiast koni i czasem broń maszynową. Aha, na szczęście zazwyczaj nie ma ofiar... nazwa smash & grab jest chyba oczywista, a proceder może być dość opłacalny- w ostatnim przypadku napastnicy zarobili 2 mln w 39 sekund. Tym to się chyba nie może pochwalić żaden star-trader z city.

Niesamowite, jak pod płaszczykiem światowej metropolii Londyn wciaż może kryć przestępczość i bezprawie, które nam się kojarzy z republikamii bananowymi...

Przechodząc do lżejszych (gorętszych ; ) tematów: opubliowana badania temperatury na stacjach metra. Wygrała linia 'Central', najwidoczniej słusznie zaznaczona na czerwono. Średnia temperatura była wyższa od tej napowierzchni i dochodziła do 30 stopni. Badania przeprowadzano na peronach, w samym metrze na pewno było cieplej. Osobiście spotkałem się z wyższymi temperaturami, i myślę, że wyniki te trochę mogły być 'ostudzone', np. żeby nie wykazały temperatury wyższej niż 30 stopni - zgodnie z tutejszym prawem jest to najwyższa temperatura w jakiej można transportować bydło. No ale jak wiadomo, Londyńczk to nie bydło, i 35 też zniesie. A jak nie to zemdleje i go wyniosą. Chyba bym się czuł jak bydło, gdyby nie to, że sam się o to proszę codziennie rano.

I jeszcze jedna wiadomość mnie pocieszyła (poprzednia jest jak najbardziej optymistyczna, wiem, że nie zamarznę, sauna jest zdrowa poza tym człowiek potrzebuje czasem trochę bliskości;). Gdzieś wyczytałem, że mieszkańcy Londynu są prawdziwymi mistrzami w ogranizowaniu własnego czasu, skoro mając jeden z najdłuższych tygodni pracy mają czas na imprezowanie, kulturę etc. Otóż, okazuje się to być nieprawdą. W tej pierwszej części. Londyn posiada jeden z najkrótszych tygodni pracy w Anglii, w City średnio pracuje się tylko 37.3h tygodniowo! Kurcze, chyba pracowałem po złej stronie City ... Nic to, do emerytury pozostał mi tylko jakieś 8677 dni pracy, wtedy będę odpoczywał (chyba, że wydłużą wiek emerytalny).

Ehhhhhhhh.