sobota, 31 stycznia 2009

196 steps

Londyńskie metro jest dość różnorodne. Przez pierwsze pół wieku poszczególne linie były budowane przez konkurujące ze sobą prywatne firmy, przez co niektóre linie się pokrywają podczas gdy 'biedniejsze' części miasta są słabo skomunikowane. Po integracji w 1933 roku zreorganizowano transport, połączono niektóre stacje itp itd, tworząc prawdziwe podziemne labirynty. Jedną z moich ulubionych stacji jest Bank and Monument (dawniej odrębne), można się na niej naprawdę zgubić. Fajnie by było, gdyby ktoś wydał mapki stacji (najlepiej w formie komputerowych modeli 3d... przy okazji, można by fajne mapy do Counterstrika, Quake'a, Call of Duty [czy w co tam się teraz grywa] robić).
Jest też trochę mniejszych stacji wciśniętych tu i tam, niektóre z nich mają windy zamiast schodów ruchomych (pewnie ze względu na brak miejsca) i oczywiście schody kręcone (awaryjne). Bardzo łatwo utknąć w podziemiach takiej stacji, bo te zazwyczaj 2-4 wielkie windy nie nadążają z wypompowywaniem tłumów wylewających się z wagonów. Dziś mi się to przydarzyło, tak więc ruszyłem za tłumem schodami (nie po raz pierwszy na tej stacji zresztą). Przed wejściem wiszą ostrzeżenia, że schodów jest 196, w związku z czym należy korzystać z tej drogi tylko w sytuacjach awaryjnych. Ponieważ jednak większość ludzi się tym nie przejmowała (a potem część padała gdzieś po drodze z wycieńczenia) parę razy usłyszałem dodatkowo ostrzeżenie z głośników, że odpowiada to wyjściu na 15 piętrowy wieżowiec, i żeby czekać na windy :) Jak to jest, że takie tłumy chodzą na te wszystkie siłownie i fitnessy, a potem nie mogą się na powierzchnie wyczołgać?

Jako że ostatnio stłukłem sobie kolejną szklankę, wybierałem się do British Museum poszukać inspiracji w różnych Chińskich naczyńkach z brązu i jadeitu. Spodobał mi się jeden dzbanek na wino, nadałby mi się bardzo do dekantacji, chociaż brąz pewnie nie jest najlepszym materiałem... Tak czy inaczej, imponujące, że ponad 3000 lat temu sztuka użytkowa była tak rozwinięta ; ) I, uważam, że wielkość dzbanka jest w sam raz (o ile każdy miałby swój). Przy okazji znalazłem fajną czytelnię w tymże muzeum, w której można korzystać z dość obszernych zbiorów (encyklopedie, książki historyczne, albumy malarskie etc itp itd). Aż żałuje, że już żadnych referatów na historię nie muszę przygotowywać ;)

Z ciekawych książek to rzuciła mi się ostatnio w oczy biografia Amy Winehouse. Coś chyba w tym jest, że Anglicy się w biografiach lubują. To, że Amy stara się dość skutecznie siebie wykończyć używkami, imprezami i alkoholem*, to chyba jeszcze za mało, żeby podsumowywać jej 25 letnie życie. W końcu, może jeszcze trochę pociągnie, i trzeba będzie drugi tom wydać? Sumplement? Errate?

Podobno też są plany napisania biografii Madeleine McCann, która zagineła/została porwana w Portugalii w maju 2007 w wieku 4 lat.

* Zaznaczam, iż nie jest przeciwnikiem picia alkoholu (w umiarkowanych ilościach). Przy okazji chciałbym przypomnieć, że zgodnie z najnowszymi badaniami zaleca się: kieliszek czerwonego wina dziennie na krążenie, kieliszek białego wina dziennie dla płuc (przeciwutleniacze podobno zapobiegają rakowi), jedno piwo dla poprawienia pracy nerek, wódka na trawienie, rodzynki nasączone ginem na artretyzm, koniak na podniesienie ciśnienia (jeżeli ktoś ma za niskie) ... na pewno o czymś zapomniałem dzisiaj.

środa, 21 stycznia 2009

There is probably no Xenu

Zapewne większość słyszała o akcji zorganizowanej przez ateistów, wspieranej przez głośnego tu i ówdzie Richarda Dawkinsa, polegającej na promowaniu ateizmu. Właściwie, to chyba bardziej chodzi o zwrócenie ludziom uwagi na ateizm w odpowiedzi na kampanię marketingową kościoła. Chyba o tym nie wspominałem, ale tutaj kościół dość często się reklamuje, obiecując np. odnalezienie sensu życia. Nie jest to aż tak dziwne w kraju, w którym przerabia się nieużywane już kościoły na domy, kluby nocne albo ścianki wspinaczkowe (zabytkowy kościół Św. Benedykta niedaleko Manchesteru został w ten sposób uratowany przed rozebraniem). W ramach ateistycznej kampani wywieszane są plakaty z hasłem 'There is probably no god. Now stop worrying and enjoy your life'. Jak widać, hasło jest dość ostrożne, co wg mnie trochę podważa sens całej akcji. To tak jakby napisać: najprawdopodbniej przeżyjesz upadek z trzeciego piętra, więc skacz śmiało!
Katolicy podeszli do tego różnie, jedni chcieli zakazać tego typu kampanie, inni argumentowali, że wszystko co zmusi ludzi do myślenia o życiu jest wartościowe (i tak czy inaczej prowadzi do Boga). Ostatecznie akcja ruszyła i już mi się zdarzyło widzieć parę takich plakatów w metrze.

Ten temat był głośny już jakiś czas temu, ale przypomniałem sobie o nim ostatnio widząc protest grupy Anonymous przeciwko Scjentologii. O Scjentologii się nie będę rozpisywał, chociaż jest to fascynujące zjawisko (zwłaszcza dla każdego młodego kultysty i/lub planującego zakładanie własnej religii). Protestowała niewielka grupa kilkudziesięciu młodych ludzi w maskach tego gościa z V jak Vendetta (ot taki film), nie zwracali na siebie zbytnio uwagi, ale spodobało mi się jedno z haseł: There is probably no Xenu.

Jak już kiedyś wspominałem, Londyn jest miastem, w którym się dużo protestuje. Wynika to zapewne z jego wielkości, dużej liczby młodych ludzi, którzy ze względu na niespecjalny poziom uczelni brytyjskich mają za dużo wolnego czasu a także pewnie z tolerancji władz. Mam wrażenie, że pod parlamentem co weekend ktoś coś oprotestowywuje (poza stałym protestem przeciwko wojnie w Iraku). Ostatnio dość dużą niepopularnością cieszą się plany rozbudowy Heathrow (trzeci pas).

I skoro już przy temacie rozbudowy jestem- byłem ostatnio na mini-wystawie poświęconej urbanistyce Londynu. Plany, dane itp itd. Wszystko było przygotowywane przed kryzysem, tak więc troche planów może się zmienić... Mają fajną makietę Londynu, na której dostawiają planowane budynki, dzięki czemu można sobie wyobrazić jak się Londyn w najbliższym czasie zmieni. A trochę zmian się szykuje. Planowanych jest kilka nowych wieżowców, na zdjęciu po lewej trzy z nich, po prawej jeszcze jeden (ten, oraz środkowy z trójcy mają być ukończone w 2012, ale chyba ostateczne decyzje nie zostały podjęte). Londyn wciąż się rozbudowywuje, wbrew pozorom jest jeszcze sporo miejsca w bardziej odległych dzielnicach. Problemem na pewno jest komunikacja, są plany nowych linii podziemnych, ale osobiście nie jestem przekonany czy będą one w stanie poprawić komfort przemieszczania się... Zwłaszcza, że plany są ambitne, z tego co pamiętam to ponad 150k nowych mieszkań do 2012 (przed kryzysem; ). Cóż, Londyn jest już obecnie bardzo zdecentralizowanym miastem, i pewnie pójdzie to w tą stronę, co zapewne spowoduje dalszy spadek jakości życia. Z drugiej strony, nie miał bym nic przeciwko mieszkaniu gdzieś wysoko w tej szpilce ;)

sobota, 10 stycznia 2009

What happened to global warming?

Człowiek się na chwilę zagapi, i tu nagle ma nowy rok. Wypadałoby mi pewnie powypisywać tu jakieś życzenia, ale odłożę to na później :) Tyle się mówi o tym, kto wymyślił koło, pieniądze, ogień itp, a jakoś nigdzie nie wyczytałem komu zawdzięczamy instytucje odkładania spraw na 'później'. Jestem mu bardzo wdzięczny, i może później mu za to podziękuję.

Sylwestra spędziłem poza Londynem, tak więc niewiele mogę na ten temat napisać, poza tym, że transport publiczny był darmowy, i że metro jeździło dłużej niż zwykle - niektóre linie nawet do 3 nad ranem. Zazwyczaj ostatnie pociągi jadą około 1, co nie jest tragedią biorąc pod uwagę dobrą autobusową komunikację nocną. Może się kiedyś poświęcę i przesiedzę tutaj nowy rok, to będę mógł coś więcej napisać.

Wygląda także na to, że przegapiłem zimę w Londynie. Właściwie mógłbym napisać, że "ochłodziło się, przyszły śniegi, następnie stopniały i natura zaczęła budzić się do życia" odkąd ostatnio pisałem na blogu, ale objęłoby to tylko zeszły tydzień (no może dwa). Jeśli chodzi o naturę, to mam na myśli przerośnięte wiewiórki. Z takim zapasem tłuszczu mogły by pewnie przetrwać zimy syberyjskie.
Było z tymi 'mrozami' trochę paniki, widziałem dwa razy plakaty z pytaniami z tytułu, ale (chwilowo?) się ociepla, i wszyscy liczą na to, że tak pozostanie. Wciąż bawi mnie opowiadanie Anglikom, że w niektórych miejscach na ziemi temperatura może spaść do -15 (i to nie w zamrażalce). Ostatnio musiałem tłumaczyć, jak to jest możliwe, że przy takich temperaturach działa komunikacja, jeżdżą samochody etc. Znajomego Australijczyka bardzo zaciekawiła koncepcja opon zimowych (chociaż spotkał się kiedyś z łańcuchami).

Aha, jeśli chodzi o Anglików, to miałem ostatnio podwójną satysfakcję: wspomogłem dwóch młodych anglików w sklepie 30p (około 1,20 zł), których im brakowało do piwa. Raz, że ja, Polak pomagam Anglikom (mimo tego jak potraktowali gen. Sikorskiego) a dwa, że przewrotnie czynię to rozpijając i tak już straconą brytyjską młodzież. Jak już Polska gospodarka przegoni tą wyspiarską, to sobie wspomnę tą chwilę ze świadomością, że m. in. to piwo do którego się dołożyłem obniżyło ogólny poziom edukacji młodzieży brytyjskiej, co miało negatywny wpływ na ich gospodarkę etc itp.

Wreszcie, jeśli chodzi o edukację, miałem ostatnio przyjemność usłyszeć pytanie, czy w Polsce mamy jakiś swój język. Co prawda zapytała mnie o to Chinka, ale mieszka w Anglii od lat i 'skończyła dwa fakultety'. Nie, w zasadzie nie czepiam się tutaj edukacji, bo moja własna wiedza geograficzno - historyczna jest bardzo fragmentaryczna. Raczej fascynuje mnie tak odmienne postrzeganie świata- najwidoczniej owej chince narodowość nie kojarzy się z odrębnym językiem. Podczas takiej swobodnej rozmowy z chinką, turczynką, obywatelem RPA i hindusem uświadomiłem sobie, jak skomplikowana dla nich musi być Europa. Oczywiście w Chinach też się dużo działo, ale w tym samym czasie w porównywalnej powierzchniowo Europie istniały dziesiątki kultur, narodowości, królestw itp itd.

Właściwie, można by zazdrościć dzieciom w Chinach prostej historii. Pewnie i tak wygląda ona mniej więcej jak w dowcipie: na początku nie było nic, tylko towarzysz Mao przechadzał się ulicami Pekinu... Wyrównaj z obu stron

czwartek, 20 listopada 2008

Rivers of Babilon

Dochodzę do wniosku, że w Londynie człowiek jest ciągle zabiegany, więc chyba się przestanę usprawiedliwiać... Zwłaszcza, że wydawało mi się, że tyle rzeczy robię, a jak mam napisać coś o nich, to nic mi nie przychodzi do głowy ; )

Dziś byłem na tymczasowej wystawie poświęconej Babilonowi (miastu) w British Museum. Ogólnie jestem trochę rozczarowany. Tak naprawdę kilka sal (a w zasadzie to jedna podzielona na działy), ot dwa lewki z kafelków, 5 tabliczek glinianych i parę znaczków pocztowych... no dobrze, było tego trochę więcej, ale nic specjalnego. Nie oczekiwałem, że ściągną oryginalną bramę Isztar (którą i tak widziałem w Berlinie :P) albo zbiory praw Hamurabiego na tabliczkach (które przypadkiem widziałem w Paryżu) tudzież oryginał Wieży Babel Breughela (którą widziałem... a musiałem sprawdzić, w Wiedniu), ale chyba jakieś tabliczki mogliby przywieźć, co nie? No dobrze, wydało się, jestem zmanierowanym przemądrzalcem, który na siłę udowadnia jak to ciężko mu dogodzić : ) Za to wreszcie sobie porządną książkę o Historii Starożytnego Wschodu kupiłem. Ciekawe czy przeczytam choć rozdział (e, droga była, więc z moją Krakowską naturą przynajmniej jeden rozdział przeczytam).
Oczywiście, i tak sporo rzeczy się dowiedziałem. Np nie kojarzyłem, że ten biblijny Daniel (ten od rzucania lwom na pożarcie i tłumaczenia snów, ale nie tych Faraona, bo to był chyba Józef) parał się z Nebuchadnezzarem II(w angielskiej pisowni), którego imieniem ochrzczony był statek Morfeusza w Matrixie : ) Jak to się pięknie wszystko wiąże... Aha, był też nazywany niszczycielem narodów, chyba za podbój Jerozolimy (chociaż, tutaj taka mnie refleksja naszła, ze wszystkich wrogów narodu żydowskiego on był chyba jedynym, który ich nie wyganiał/niszczył tylko porwał ze sobą), k t ó r y to pseudonim był pierwowzorem dla postaci Liney, niszczycielki światów, w Gwiezdnych Wrotach (serialu). No proszę, kto by pomyślał, że mam tak szeroką wiedzę w tak istotnych kwestiach.
A jeszcze jedna ważna informacja mi się przpypomniała, butelka szampana o pojemności 15 litrów (20 zwykłych butelek) jest nazywana Nebuchadnezzarem. Myślę, że to też może mieć związek z jego przydomkiem.

Słyszałem o tym już wcześniej, ale tam były zdjęcia: Amerykanie sobie obóz rozbili w Iraku tuż przy ruinach Babilonu. Jak się można domyśleć, 2000 żołnierzy i sporo ciężkiego sprzętu nie pogłębiły naszej wiedzy na temat tego miasta... Przykre. Saddam też się nie przejmował i odbudował sobie wszystko po swojemu.

Oczywiście cały ten stres związany z utratą dziedzictwa kulturowego (cywilizacyjnego) trzeba było spłukać, co też uczyniliśmy z towarzyszącymi mi osobami w jakiejś knajpie Filipińskiej. Okazuje się, że mąż koleżanki z pracy pracuje w ... London Underground! Przez ponad godzinę męczyliśmy go o różne rzeczy. Naprawdę uważam, że metro jest pod względem turystycznym nie-do-eksploatowane. Northern Line, przy której mieszkam, ma na długim odcinku równoległy tunel (miał zwiększyć przepustowość), który w części jest pusty, a w reszcie budują niewidzialne Astony Martiny (są tam pomieszczenia Ministry of Defence). O tym, że pod moją stacją jest gigantyczny bunkier to chyba wspominałem kiedyś. Natomiast nie wiedziałem, że tunele są ciągle odwadniane. Często jak są ulewy to niektóre nitki zamykają, ale mój informator twierdzi, że ciągle są uruchomione pompy. Są one naprawde konieczne, do tego stopnia, że jest awaryjna trakcja i elektrownia, która w wypadku awarii sieci energytycznej może utrzymać oświetlenie w tunelu i owe pompy. Aha, chyba nie przekonuje ludzi do korzystania z metra w ten sposób... Dowiedziałem się także, że moja linia jest najbardziej obłożoną, i że jest przez pracowników nazwana Misery Line. W godzinach szczytu kursuje 90 składów, co jest o tyle ciekawe, że jest tylko 50 stacji (składy jeżdżą co minutę). Jest to bardzo problematyczne w przypadku awarii, ponieważ w każdej chwili prawie połowa składów jest w tunelach!

Jeszcze dużo innych ciekawostek opowiadał, ale może spiszę je innym razem... Ostatnio mało sypiam, a zapowiada się znów długi piątek ;)

Aaa, zwłaszcza, że biegałem dziś: ) Po Hyde Parku. Lokalizacja mojej pracy ma swoje zalety... można sobie wyskoczyć na rundkę po Hyde Parku jak się raporty wieszają; ) Jutro nie będę mógł chodzić...

środa, 5 listopada 2008

The best time to plant a tree was 20 years ago. The second best time is today


Mam roczek! Roczek w Lądku! Nie wiem jak to liczyć, ale tak czy inaczej, dokładnie rok temu przyleciałem. Z tej okazji dedykuję tytuł posta wszystkim na rozstajach, tych geograficznych i tych metaforycznych.

wtorek, 4 listopada 2008

Simple life

Jak zwykle byłem zajęty. Odwiedziłem Hiszpanię, głównie po to, żeby się przekonać, że chyba się wszędzie lepiej (czysto pod względem jakości życia) żyje niż w Londynie :) Kolejna porcja różnic: Londyn jest za duży. Jak "powszechnie wiadomo"(używając ulubionej przez polskich polityków retoryki), Londyn jest bardzo dużą wiochą. Ciągnie się kilometrami, ale budyneczki są niewielkie. Pod względem gęstości zaludnienia jest np. za Madrytem i Atenami. Oczywiście, przy tego typu miastach trudno jest określić granice, ale wydaje mi się, że cała aglomeracja Londyńska jest naprawdę jedną całością. W dużo większym stopniu np. niż Katowice i Śląsk. Gęstość zaludnienia Londynu waha się w zależności od źródła w granicach 4700 do 5100 ludzi na km^2. Jest to mniej niż NY albo Moskwa (odpowiednio 10500 i 9500). Co prawda Warszawa ma tylko 3300, ale jest dużo mniejsza. Dlatego uważam, że powinno się wprowadzić nowy wskaźnik demograficzny - ilość mieszkańców przez powierzchnię miasta^2. W bardzo dużym mieście praktyczna gęstość zaludnienia jest dużo mniejsza, w tym sensie, że jak się chce ze znajomymi na piwo wyskoczyć, to zawsze są za daleko ;) Może w wolnej chwili przeliczę to dla różnych metropolii i zobaczę co z tego wynika. Tak więc niezupełnie nowy wniosek (i nie mój w sumie, tylko Sufleta), że to źle wpływa na jakość życia, jeżeli statystycznie znajomi mieszkają 40 km od siebie (w różnych dzielnicach).

Ale wracając do tytułu. Tak sobie dziś pomyślałem, ludzie w Polsce narzekają, że życie jest skomplikowane. Że w takiej Anglii to sobie człowiek spokojnie zarabia, wychodzi czasem na piwo, ogólnie prowadzi proste życie na luzie. Wspomniałem już kiedyś o załatwianiu różnych spraw przez telefon, albo o wymianie maili z nie-anglojęzycznymi panami konsultantami. Chociaż, to fakt, że można (niestety trzeba) załatwić prawie wszystko przez telefon. Dziś mnie inna rzecz zastanowiła. Jak już kiedyś wspomniałem (wspomniałem?) w Anglii działa coś takiego jak drabina nieruchomości (property ladder). Trochę mi to przypomina taką grę planszową w życie, którą dawno dawno temu gdzieś miałem. Taki pionek, czyli Anglik, zaczyna na jakimś polu i się potem przesuwa po planszy, zdobywając wykształcenie, kupując pierwszy garaż, potem drugi, potem one bedroom etc (to już o życiu, nie o grze). Każdy jest z tym pogodzony, że jest to właśnie rodzaj gry. Trzeba czasem ryzykować, czasem się uda i człowiek jest pole dalej, czasem przyjdzie Credit Crunch i cofa się na start. Nie jest to prosta gra, z państwem manipulującym stopami procentowymi i bankami tworzącymi nowe produkty kredytowe (np. kredyt interest only, w którym płaci się tylko odsetki). Ja tam w nieruchomości inwestować nie planuję, ale jestem akurat w temacie, a dziś mój bank mnie dodatkowo próbował wciągnąć. Otóż, po co człowiekowi jest karta kredytowa? Wydawać by się mogło, że po to, żeby czasem kupić coś na kredyt... ale nie! Karta kredytowa, to jedna z metod zbijania punktów kredytowych (kredytek?) w grze 'Twoje życie'. Okazuje się, że większość moich znajomych intensywnie używa kart kredytowych, ale nie dlatego, że im brakuje gotówki. Pracują nad swoją oceną kredytową, i robią to z systematycznością godną lepszej sprawy. Jest to dość skomplikowane, bo brak kredytów zmniejsza szansę na kredyt hipoteczny, z drugiej strony zbyt gorliwe spłacanie pożyczek sprawia, że banki nie zarabiają i są mniej skłonne udzielać kolejnych pożyczek... Nawet jeżeli ktoś nie planuje zakupu domu musi uważać, bo przez pierwsze kilka lat swojej obecności na rynku kredytowym może sobie zszargać opinię na całą dekadę. A problemów decyzyjnych jest więcej, np. w jednym poradniku wyczytałem, że warto zachować rozdzielność majątkową w małżeństwie, jeżeli jeden z partnerów ma gorszy 'credit rating', tak żeby to drugie mogło w razie czego brać kredyt... A do tych ratingów liczy się mnóstwo rzeczy, np. opłacanie rachunków za telefony, karty lojalnościowo/kredytowe wydawane przez sklepy itp itd (albo np zarejestrowanie się na listach wyborczych).

Wydaje mi się, że wiele dziedzin życia jest tutaj tak naprawdę dość skomplikowana. W Polsce też się teraz zaczynają takie atrakcje, jak ubezpieczenia (zdrowotne, samochodowe i inne) z 'różnymi zakresami' usług, z bonusami w postaci mil lotniczych, punktów lojalnościowych, łączone usługi (telefon komórkowy, telewizja kablowa i ubezpieczenie w jednym) itp itd. W metrze jest np więcej reklam serwisów porównujących ubezpieczenia samochodowe, niż samych ubezpieczycieli. Walka o klienta przeniosła się już do meta-usług, czyli usługiwaniu w korzystaniu z usług... A jak się piec zepsuje, to trzeba czekać 3 tygodnie ;)

Właściwie Anglicy, tak ćwiczeni od młodości, powinni być strasznie zaradni. Aha, tzn. raczej byliby, gdyby za tym wszystkim nadążali.

poniedziałek, 13 października 2008

Hampton Court

Tak, pamiętam, że wciąż nie było pierwszej części o Glasgow... Będę trzymał czytelników w napięciu.. jak Mickiewicz... a potem i tak jednej części zabraknie ;)

Ale teraz będzie o różnych drobiazgach, m. in. o Hampton Court. Na początek kilka zasłyszanych/przeczytanych refleksji o kryzysie finansowym (tak, wciąż mam pracę, nie mogę powiedzieć ile straciliśmy, ja osobiście straciłem póki co 70p, ale mam zamiar zrobić porządek w pokoju). Pierwsza obserwacja brzmi, że banki mają problemy, bo były zbyt duże żeby dobrze nadzorować swoją działalność. I co w związku z tym robią? Łączą się w większe banki! A druga myśl (z The Daily Mash - bardzo fajnej strony satyrycznej) brzmi następująco: ratowanie banków polega na pożyczeniu im miliardów należących do obywateli, tak żeby mogły one pożyczyć te pieniądze z powrotem obywatelom, ale z procentem.

Z innej beczki. Przeczytałem ostatnio, że szkoły płacą ponad 2 mln funtów rocznie odszkodowań, za wypadki, które się na ich terenie wydarzyły. Były podane różne przykłady, jakiś chłopczyk za skręconą kostkę dostał 17 tyś funtów, ktoś inny 12 mln za wstrząs mózgu wywołany potknięciem się o krawężnik (a w zasadzie upadkiem będącym owego potknięcia się konsekwencją)... Jak tak dalej pójdzie, to dzieci się będą uczyć w domu, bo państwa nie będzie stać na odszkodowania. Ciekawi mnie też, czy jak się dziecko poślizgnie w domu, bo tata (a co! równouprawnienie!:) umył podłogę, to czy może się domagać odszkodowania? Odszkodowanie wypłacili by pewnie rodzice samym sobie, jeżeli dziecko jest niepełnoletnie. Przykre byłoby natomiast, jeżeli rodzice, jak obecnie banki, nie mieli by odpowiedniej płynności finansowej i by musieli naliczyć sobie odsetki. Może by się dało je odliczyć od podatku?


Dobrze, może jednak o Hampton Court. Jest to w zasadzie jeszcze średniowieczny pałac, raptem 20 km od centrum Londynu. Odremontował go sobie Thomas Wolsey (minister Henryka VIII kardynał Yorku czy tak jakoś) na początku XVI wieku, ale jak to w bajkach bywa szybko się królowi znudził i tak w Hampton Court zaczął balować król. Sporo z owych czasów się zachowało, łącznie z Wielką Halą (bawialnią?), w której stołował się dwór w XVI wieku, i komnaty królewskie. Komnaty nigdy nie były wyjątkowo umeblowane, po to, żeby się cały motłoch (tzn. dwór) w nich mieścił. Zwiedzać można pokoje Henryka VIII oraz Willima i Mary, jak ktoś chce wiedzieć więcej to polecam Wikipedię; ) Ten pierwszy przeżył w nim kilka swoich żon. Którąś tam też wysłał na szafot (za zdradę stanu, tzn. niewierność, ponoć do dziś straszy po korytarzach). Wspomnę jeszcze o ogrodach, które nie są nieuporządkownane zgodnie z angielską tradycją. Znajduje się w nich najstarszy labirynt z żywopłotu i chociaż nie wydaje się duży, to trzeb się trochę nachodzić... Aha, i chwalą się też najstarszą i największą winoroślą. Obrasta niewielką szklarnię, ma 230 lat, ponad 36 m długości i rodzi 200-300 kg winogron, które sprzedaje się zwiedzającym (oczywiście w sezonie). Fajne fajne, niech się cieszą rekordami póki mają, bo słyszałem, że niedługo w będą musieli konkurować ze Stadnikami ;)

I jeszcze dwa zdjęcia na koniec... Trochę było ludzi, ale ogrody są dość spore i się jakoś to wszystko rozlazło.