piątek, 27 marca 2009

Never date a female-lawyer

Zanim przejdę do tłumaczenia się z tytułu, który nie wydaje mi się zbyt poprawny (stylistyczno - politycznie: w języku angielskim chyba nie istnieje rodzaj żeński od lawyer, a dodanie przedrostka 'female' wydaje się trochę sztuczne... a ostatnio The Sun się oburzał, że Unia Europejska chce zakazać używania tytyułu miss, chyba też coś z równouprawnieniem), tak więc, gwoli przypomnienia po przydługim komentarzu w nawiasie, zanim rozwinę tytuł, wspomnę, że miałem miły dzień : )

Miałem rano poważne spotkanie, i byłem naprawdę poruszony wirtuozją z jaką przedstawiciele pewnej, znanej dość, firmy konsultingowej ukrywali swoją niekompetencję... Nie jestem pewien czy zdobyłbym się na taką bezczelność, żeby bez drgnięcia powieki wymyślać jakieś historyjki obracające własne błędy w innowacyjne pomysły. Reszta dnia też była miła, i na koniec jeszcze do mnie w domu ankieter zadzwonił, a to zawsze tak przyjemnie jak się człowiekiem ktoś zainteresuje ;P

W Londynie się ostatnio sporo dzieje. Trwają przygotowania do szczytu G20, policja i protestanci się intensywnie zbroją. Przewidywane są różnego rodzaju atrakcje, pikiety, wieszanie kukieł bankowców na latarniach itp. Firma w której pracuje nakazała nam porzucić oficjalny 'dress code' i przychodzić w owych dniach do pracy w strojach codziennych, oraz unikanie spacerów między budynkami (których jest kilka w najgorętszym regionie). Muszę sobie koniecznie skądś aparat skombinować, po to żeby udokumentować owe protesty (o ile rzeczywiście nastąpią), ale też po to, żeby wyglądać na turystę.
Skoro już mówimy o pracy, po 6 tygodniach udało mi się wyrobić wreszcie identyfikator, dzięki czemu mogę sam wchodzić do budynku i korzystać z toalety. W pewnym momencie się trochę zestresowałem, bo się okazało, że źle zapisano moje naziwsko, i że będę musiał wszystko robić od nowa... Zadzwoniłem do odpowiedniego działu, poprawiłem pisownię, powiedzili mi, że będę musiał zapłacić 50p (0.5 funta), i że poprawią. Później się dowiedziałem, że udało im się popełnić aż dwa błędy (w imieniu i nazwisku) i zacząłem się zastanawiać, czy będę musiał płacić całego funta? Albo może to jest tak od litery, więc w sumie więcej??
Na szczęście nie udało im się przez tydzień owych błędów poprawić, więc na identyfikatorze mam dwa błędy (np. imię Tadeuz), ale jestem o 50p do przodu! Dorzucę sobie 10p i będę miał puszkę coli w mojej ulubionej knajpie z kebabami : ) I jak przyjdzie co do czego, to nikt się nie zorientuje, że tu pracowałem.

Krótko wspomnę o jedzeniu... jest to mój ulubiony temat, aż dziw, że nigdy o nim nie piszę. Dziś odnośnie kebabów. Tutaj dość popularną formą jest takie danie kebabowe, dostaje się mięso na talerzu, z surówką, do tego sosy i bułki pita. I człowiek sobie samemu robi takie mini kebaby faszerując te bułki mięsem, surówką i sosem. Całkiem fajne. Poza tym jest oczywiście dużo rodzajów ostrych papryk w tego typu, hm, no, restauracjach. Miałem bardzo intrygujące przeżycie, kiedy podczas pewnego lanczu pomyliłem zieloną papryczkę ze strąkiem fasoli. Zorientowałem się dopiero jak już pół odgryzłem, a potem przez 3h się czułęm jakby mi ktoś żołądek ścisnął. To byłby chyba dobry pomysł na dietę... 3 fasolki dziennie.

No dobrze, to jeszcze tylko na zakończenie wyjaśnienie tematu. Otóż, pare dni temu była taka drobna awantura, pewna prawniczka pozwała do sądu spotkanego w pubie kucharza. ( Aha, tu uprzedzę, że będzie to temat jak na bloga dość niemłodzieżowy. ) W owym pubie, jak to porządna młoda brytyjka, spiła się prawie do nieprzytomności, po czym owego przypakoweg kucharza zawlokła do siebie do domu. Trudno powiedzieć kto tu się powinien poczuć wykorzystany, w każdym razie kilka dni później oskarżyła o gwałt, stwierdzając, że zupełnie nic nie pamięta, ale że na pewno na nic się nie godziła. Chyba musiała to samo powtórzyć przed sądem, bo po 30 minut sprawa się zakończyła uniewinnieniem, niemniej daje to sporo do myślenia... Myślę, że na tego typu okazje powinno się stworzyć jakąś formę umowy, która by jasno definiowała wszystie kwestie sporne, zakres

eee, dobrze.

Wracając do protestów. Jutro mają być jakieś pokojowe przemarsze a w przyszłą środę i czwartek demonstracje nieoficjalne. Póki co wygląda na to, że Metropolitan Police ma przewagę 3:1 nad protestującymi (nie uwzględniając przewagi gospodarzy- większość anarchistów będzie przyjezdna, a jakoś tak czuje, że pracownicy City będą jednak kibicować policji ; ) [ja będę], i też większość przeniesie się chyba na Canary Wharf, gdzie będą wszystkie gwiazdy (Brown, Sarkozy i Obama). Tak czy inaczej, postaram się skądś skombinować aparat i dokumentować co się da, z zachowaniem odpowiedniej ostrożności ...

niedziela, 15 marca 2009

Best Value City

No teraz to pozwoliłem sobie na naprawdę długą przerwę ; ) Ale cóż robić, Londyn to też nie same imprezy, służbowe drinki, wyjścia na steki czy musicale... Czasem trzeba coś popracować. Tzn., tak było do tej pory, chociaż nastroje się trochę zmieniają. Z jednej strony zwalniają w dalszym ciągu (przynajmniej w mojej branży), z drugiej strony niektórzy postanawiają sobie zrobić przerwę w związku z kryzysem. W zeszłym tygodniu się dowiedziałem, że kilka osób w obliczu niezbyt intrygującej sytuacji na rynku pracy postanowiło pojechać na wakacje. I tak dwie osoby z mojego zespołu jadą na 3 miesiące do ameryki południowej a inny znajomy na 4 miesiące do Indii. Osobiście myślę, że teraz jest moment dobry jak każdy inny... o ile się jest w miare pewnym, że będzie do czego wrócić.

Ale, są też optymistyczne akcenty w Londynie. Np. dziś przez prawie cały dzień świeciło słońce : ) Poza tym wybrałem się z moim nowym TW (tymczasowym współlokatorem) na paradę z okazji St. Patrick's Day (Lá Fhéile Pádraig). Przypada on co prawda na 17.03, ale parada odbyła się dziś. Zaczęli koło Green Parku, dzielnicy którą skądinąnd dość dobrze znam, i maszerowali sobie wzdłuż Piccadilly, żeby potem zahaczyć o Trafalgar Square. Nasłuchałem się kobzy na wsze czasy, po raz kolejny pomyślałem sobie, że dobrze by się było nauczyć trochę Gaeilge albo tego łamacza kostek (tańca irlandzkiego), lub, w ostateczności, [lub, przede wszystkim] pospotykać się z jakimiś ładnymi irlandkami... To taka ogólna refleksja, udało mi się obejrzeć kilka różnych parad tutaj, i wniosek jest taki: w tak dużym mieście można każdą paradę zapełnić ładnymi przedstawicielkami płci (pleonazm) pięknej... zapewne dlatego parady te cieszą się tak dużą popularnością.
Zadziwiające, jak wiele jest różnego rodzaju orkiestr irlandzkich, i jak duża część populacji irlandzkiej nie reprezentuje typu kaukaskiego (uwaga czysto antropologiczna!). Aha, było też sporo psów przybranych w narodowy zielony kolor.
Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnego irlandzkiego hot doga (z kiełbasą 'irlandzką', w smaku przypomina naszą grillową [albo, jak ją nazywa pan w sklepie mięsnym koło mojej babci, kiełbasą dla psa, Imbir wie dlaczego;]) i Guinessem. I właśnie jeśli chodzi o Guinessa, to Londyn jest ponoć 'best value irish city'. Są to słowa Borisa Johnsona (aktualnego burmistrza Londynu), którego miałem najpierw okazję zobaczyć na początku parady a potem usłyszeć na otwarciu festiwalu Irlandzkiego. Podziękował on Irlandczykom za tłumne przybywanie do Londynu (Londyn ma ponoć największą populację Irlandczyków poza Irlandią) co doprowadziło do tego, że Guiness jest w Londynie tańszy niż w Irlandii. Osobiście w ogóle za piwem nie przepadam, ale mogę się pod tym podpisać. Podoba mi się ten rodzaj muzyki, język, i w ogóle jakoś Irlandczycy wydają się bardziej sympatyczni od np. anglojęzycznych tłumów z południowej hemisfery, których nieco farmerski akcent nawet nie jest śmieszny.
Aj, nie, chyba przedobrzyłem- oczywiście owi imigranci z ciepłych krajów są bardzo mili, i myślę, że jakbym tyle czasu na słońcu spędzał co oni to miałbym podobne poczucie humoru.

Wracając jeszcze na koniec do mojego TW. Po raz kolejny przekonałem się, że pewnych rzeczy po prostu nie da się opisać. Zdarzyło nam się jechać pewnego poranka w wyjątkowo tłocznym wagonie, i znów mam dowód na to, że metro Londyńskie naprawdę jest pod tym względem wyjątkowe. Do wagonu, który w każdym innym europejskim mieście uchodzi za pełny, dosiada się co przystanek kilkanaście osób... Znajomy ów mieszka na co dzień w Wiedniu, i przyznał, że czegoś takiego tam się nie doświadczy... Nie podróżuje już w godzinach szczytu.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Sudden dad

Dziś, z okazji poniedziałku, będzie w takim nastroju... deserowym ;) Bo akurat deser zjadłem.

Już z paroma znajomymi się podzieliłem tą myślą- słuchałem sobie ostatnio okrzyków pana Rokity w samolocie, dziś refleksje redaktora Durczoka na temat czystości jego miejsca pracy (miło wiedzieć, że przejmuje się bezpieczeństwem i higieną w miejscu pracy, widać lata szkoleń nie poszły na marne), i aż mi się łezka w oku zakręciła... Autentycznie! Widać, jestem polakiem z krwi i kości i mi brakuje naszego specyficznego podejścia do życia.

No bo też, co się tutaj dzieje ciekawego? Wszyscy pewnie słyszeli już historię 13 latka, który został ojcem (wygląda na lat 10). Nie wiem, czy podano w Polskich mediach, że znalazło się dwóch innych pretendentów do ojcostwa (mają 14 i 16 lat). Najwidoczniej młoda matka (lat 15) postanowiła nie pozostawić nic przypadkowi i zastosowała zasadę do 3 razy sztuka. Pewnie będzie to jedna z najmłodszych spraw o ustalenie ojcostwa... Jedno jest pewne, o pieniądze (alimenty) nie chodziło, bo zawstydzony chłopczyk się przyznał, że stałego kieszonkowego nie dostaje, tylko od czasu do czasu 10 funtów od taty...

A teraz to mi się trochę głupio zrobiło, bo tak o nim piszę 'z góry', a jeżeli się okaże, że jednak jest tym ojcem, to przynajmniej w tym względzie jego doświadczenie życiowe przerasta moje ;P Ho ho, ale mnie na ekshibicjonizm wzięło.

I jeszcze jeden temat deserowy, naukowcy Brytyjscy chcą sprawdzić, czy tzw. Gordies (mieszkańcy[ki] płn wsch Anglii) mają wyjątkowo grubą skórę albo jakieś geny, które pozwalają im (a głównie 'samiczkom';) imprezować w zimie w kusych strojach. Jest to zjawisko spotykane też w Londynie, pamiętam jak rok temu nadziała się na mnie (i naprawdę nie miałem z tym nic wspólnego) nad Tamizą w godzinach wieczornych dzieweczka wracająca z jakiejś imprezy. Ja miałem na sobie zimowe buty, sweter i ciepłą kurtkę (i nie tylko) a ona sukienkę i szpilki które niosła w rękach (tylko [no dobrze, tego do końca nie wiem]). Było około zera stopni (minus ;).
W sumie zazdrościłbym owym naukowcom takich badań, ale jestem trochę sceptycznie nastawiony do brytyjek...

sobota, 7 lutego 2009

BT Tower (of London)

Temat zimy w Londynie jest, jak to mówią Niemcy, der Schnee von gestern, chociaż śnieg jest tak naprawdę niedzielny (inaczej mówiąc, śnieg tu pada od święta). Wciąż pojawiają się histeryczne nowiny o ponownych opadach, w pozostałych częściach Anglii jeszcze trochę tu i ówdzie popadało, ale Londyn trzyma się ciepło. Zazwyczaj w metropoliach temperatura jest nieco wyższa niż w okolicy ze względu na ilość wydzielanego przez samochody i domy ciepła, ale może brytyjscy meteorolodzy jeszcze o tym nie słyszeli. Mam nadzieję, że zima przeszła, bo mi się już nie chce stać w kolejkach do metra (no dobra, i tak stoję raz na jakiś czas).

Dziś nadrobię trochę zaległości i wspomnę o BT Tower. Tak się akurat złożyło, że miałem ostatnio okazję przebywać na poziomie widokowym wieży BT w Londynie. Otóż sterczy sobie takie coś w samym centrum Londynu, wg mnie wyglada na jakiś socrealizm i psuje panoramę miasta. Ma 189m, została wybudowana w latach 60tych żeby przekazywać sygnały telekomunkacyjne. Początkowo na jednym z pięter znajdowała się restauracja, została jednak zamknięta dla publiki w 1980 ze względów bezpieczeństwa. Co ciekawe, miało to miejsce dopiero 9 lat po zamachu bombowym IRA (podłożyli bombę w 1971 roku w owej restauracji). Zdjęcia są słabej jakości bo nie miałem swojego aparatu. Poza tym szyba była trochę mało przejrzysta i oświetlenie 'niekorzystne'.
Oglądają Londyn z góry utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to po prostu koszmarnie duża wiocha. Gdzieś tam het het widać kilka wieżowców Canary Wharf, ale samo centrum jest gęsto zabudowane niewysokimi kamienicami. W ścisłym centrum praktycznie nie ma ulic szerszych niż dwupasmowe, co dodatkowo potęguję klaustrofobiczne wrażenie. Nocne zdjęcia amerykańskich metropolii kojarzą mi się z rzekami światła, tutaj jest kilka uliczek i tyle. Niemniej, fajnie było się przejechać windą i popatrzeć z góry. Restauracja ponoć była taka sobie...

Aha, mimo, że śnieg nie spadł, zamknęli moją linię metra na weekend. W zastępstwie jeżdżą zatłoczone autobusy. Jeżdżą często, ale człowiek sobie nie zdaje sprawy z wydajności metra. Moja linia, Northern line, jest najczęściej używaną w Londynie. Paradoksalnie w większości obsługuje południe Londynu (chociaż, może ma to jakiś sens- zawozi ludzi na północ). Według wikipedii przewozi ok 0,5 mln ludzi dziennie (206,734,000 rocznie). Jak widać, uwielbiam liczby, tak więc: peron ma 110m, mieści się na nim 6 wagonów, oficjalnie taki skład zabiera 912 pasażerów (miejsca siedzące + 4 os/m^2). W godzinach szczytu na jednym metrze kwadratowym mieści się na pewno więcej ludzi (jest to funkcja nie tylko przestrzeni, ale też determinacji pasażerów :). Dla porównania, dwupiętrowy Londyński autobus ma ok 66 miejsc siedzących, do tego na dole zmieści się jeszcze z 20-30 osób stojących (na górze stać nie wolno i zazwyczaj nikt nie stoi). Cóż, nie ma tu co robić wielkich porównań- Northern line miewa czasem ponad 20 składów na godzinę, jeżeli by się chciało zastąpić ją autobusami musiało by ich być ok 200 w tej samej jednej godzinie... Nie wspominając już o prędkości autobusu.

Dlatego też naprawiają metro tylko w nocy i weekendy ;)

PS. Czasem ludzie tutaj są naprawdę przerażeni jak metro zostaje wyłączone. Dzisiaj widziałem pare osób naprawdę zagubionych. Pomimo dziesiątek ogłoszeń, napisów, plakatów i strzałek, nagle nie wiedzieli gdzie mają się udać, żeby dotrzeć do swojej stacji. Może turyści? :P Chociaż naprawdę ciężko zrozumieć zapowiedzi w poruszającym się wagonie.

poniedziałek, 2 lutego 2009

The Day After Tomorrow, evening

Ostatecznie dotarłem do pracy z ponad 2h opóźnieniem. Wielkiego tłoku w metrze już nie było (te linie, które chodziły), chociaż pociągi jeździły rzadko. Kilka obserwacji.

Po pierwsze, ludzie wykorzystali okazję do zrobienia sobie wolnego. U mnie w biurze była raptem połowa pracowników, widziałem po drodze kilka biur/firm zupełnie pustych. Wiele knajp, sklepów, kiosków itp. była zamknięta. Musieliśmy się nieźle nakombinować, żeby jakiś lunch zjeść... W kilku sklepach, w których byłem, półki były częściowo puste. Rozmawiałem ze znajomymi, rozbawiło mnie, że do pracy nie poszedł jeden z moich znajomych, który mieszka przy jedynej normalnie dziś funkcjonującej linii : ) (Waterloo & City się nie liczy - jest to linia kursująca tylko między Waterloo a stacją Bank w City).
Po drugie, Brytyjczycy cieszyli się jak dzieci. A szczerze mówiąc, to nawet dzieci są bardziej powściągliwe. Imbir (pozdrowienia!) się tak zachowuje jak pierwszy raz w sezonie śnieg zobaczy :) Do wieczora im nie przeszło. Tarzali się w śniegu, lepili bałwany, rzucali śnieżkami. Mąż koleżanki, Londyńczyk, nie mógł się nagadać o śniegu, przebił chyba Finlandczyków liczbą określeń doświadczanego przez siebie zjawiska.
I na koniec, jak bardzo człowiek może być praktycznie nieprzystosowany do śniegu. Znajoma z Brazylii miała problem z przejściem 30m, nie mając butów na obcasie. Narzekała, że się co chwila wywracała, bo ślisko, nierówno itd. Była przez chwilę obawa, że wyłączą metro. Musiałbym wtedy zasuwać na piechotę jakieś 8 km do domu (mieszkam i pracuję względnie w centrum :). Byłoby to oczywiście męczące i kłopotliwe, ale dałoby się zrobić. Moi współpracownicy byli w szoku. Uważali, że to absurdalny pomysł, że to niemożliwe, niebezpieczne (można się np. poślizgnąć i sobie coś zrobić), i zapewne, że jeżeli by Bóg uważał, że człowiek się musi poruszać po śniegu, to by miał płozy albo rakiety zamiast stóp (swoją drogą, moje stopy to praktycznie płozy ; )

Sytuacja w Londynie jest ogólnie bardzo dobra. Problem nie leży w temperaturach, tylko na ulicach, w postaci śniegu. Zdarzają się tutaj mrozy, tak więc woda, prąd i internet są, problem w tym, że pługów jest zdecydowanie za mało, kierowcy autobusów nie są przyzwyczajeni do jazdy po śniegu i że miasto jest tak rozległe, że transport jest jedną z podstawowych spraw. Ja tam mógłbym pewnie dojść w 1,5-2h do pracy, ale ludzie mieszkający na przedmieściach potrzebowali by czasem i 6h (obwodnica Londynu zakreśla mniej więcej okrąg o średnicy 50 km, a to jest jeszcze obszar obsługiwany przez metro [metro Londyńskie jest największym na świecie pod względem długości torów- 400 km - np Moskiewskie ma 'tylko' 292km]). Nie wspominając już o tysiącach ludzi, którzy dojeżdżają pociągiem z okolicznych wiosek. Stąd zamknięte sklepy, firmy itd.

Chwilowo śnieg nie pada, ulice są już czarne, tak więc mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Na wszelki wypadek nastawiam się na czekanie pod stacją... termosu niestety nie mam, piersiówka będzie musiała wystarczyć :)

The Day After Tomorrow

I znów się tu czuje jak w filmie katastroficznym :) Wczoraj spadło jakieś 5-10 cm śniegu i Londyn jest sparaliżowany. Jest poniedziałek rano i nie jeżdżą żadne autobusy, wstrzymany został ruch kolejowy na wielu trasach dojazdowych, prawie każda linia metra jest częściowo zawieszona (chociaż dotyczy to głównie odcinków końcowych/początkowych, które znajdują się na powierzchni) lub ma poważne opóźnienia, trzy linie w ogóle nie jeżdżą... Zamknięto lotnisko City, Heathrow zamkneło pasy startowe, na innych lotniskach także anulowano część lotów, reszta ma opóźnienia. Istny Armageddon :)
O oponach zimowych mało kto słyszał a pługów jest najwidoczniej za mało, bo na ulicach leży sporo śniegu. Oczywiście, mają prawo być nieprzygotowani, bo jest to ponoć największy śnieg od 18 lat, ale z drugiej strony, ludzie! Padało raptem przez parę godzin wczoraj wieczorem! W każdym razie mam szansę poczuć się jak w tym trochę tandetnym filmie Sci Fi (The Day After Tomorrow), w którym nagle przychodzi epoka lodowcowa. Co prawda jeszcze nie musiałem uciekać przed trzaskającym mrozem ani palić mojej skromnej biblioteczki żeby przetrwać do rana, ale dzień jest jest jeszcze młody. I zapowiadają dalsze opady śniegu na jutro...

Zdjęć niestety żadnych nie mam, więc tylko odsyłam do strony BBC.

sobota, 31 stycznia 2009

196 steps

Londyńskie metro jest dość różnorodne. Przez pierwsze pół wieku poszczególne linie były budowane przez konkurujące ze sobą prywatne firmy, przez co niektóre linie się pokrywają podczas gdy 'biedniejsze' części miasta są słabo skomunikowane. Po integracji w 1933 roku zreorganizowano transport, połączono niektóre stacje itp itd, tworząc prawdziwe podziemne labirynty. Jedną z moich ulubionych stacji jest Bank and Monument (dawniej odrębne), można się na niej naprawdę zgubić. Fajnie by było, gdyby ktoś wydał mapki stacji (najlepiej w formie komputerowych modeli 3d... przy okazji, można by fajne mapy do Counterstrika, Quake'a, Call of Duty [czy w co tam się teraz grywa] robić).
Jest też trochę mniejszych stacji wciśniętych tu i tam, niektóre z nich mają windy zamiast schodów ruchomych (pewnie ze względu na brak miejsca) i oczywiście schody kręcone (awaryjne). Bardzo łatwo utknąć w podziemiach takiej stacji, bo te zazwyczaj 2-4 wielkie windy nie nadążają z wypompowywaniem tłumów wylewających się z wagonów. Dziś mi się to przydarzyło, tak więc ruszyłem za tłumem schodami (nie po raz pierwszy na tej stacji zresztą). Przed wejściem wiszą ostrzeżenia, że schodów jest 196, w związku z czym należy korzystać z tej drogi tylko w sytuacjach awaryjnych. Ponieważ jednak większość ludzi się tym nie przejmowała (a potem część padała gdzieś po drodze z wycieńczenia) parę razy usłyszałem dodatkowo ostrzeżenie z głośników, że odpowiada to wyjściu na 15 piętrowy wieżowiec, i żeby czekać na windy :) Jak to jest, że takie tłumy chodzą na te wszystkie siłownie i fitnessy, a potem nie mogą się na powierzchnie wyczołgać?

Jako że ostatnio stłukłem sobie kolejną szklankę, wybierałem się do British Museum poszukać inspiracji w różnych Chińskich naczyńkach z brązu i jadeitu. Spodobał mi się jeden dzbanek na wino, nadałby mi się bardzo do dekantacji, chociaż brąz pewnie nie jest najlepszym materiałem... Tak czy inaczej, imponujące, że ponad 3000 lat temu sztuka użytkowa była tak rozwinięta ; ) I, uważam, że wielkość dzbanka jest w sam raz (o ile każdy miałby swój). Przy okazji znalazłem fajną czytelnię w tymże muzeum, w której można korzystać z dość obszernych zbiorów (encyklopedie, książki historyczne, albumy malarskie etc itp itd). Aż żałuje, że już żadnych referatów na historię nie muszę przygotowywać ;)

Z ciekawych książek to rzuciła mi się ostatnio w oczy biografia Amy Winehouse. Coś chyba w tym jest, że Anglicy się w biografiach lubują. To, że Amy stara się dość skutecznie siebie wykończyć używkami, imprezami i alkoholem*, to chyba jeszcze za mało, żeby podsumowywać jej 25 letnie życie. W końcu, może jeszcze trochę pociągnie, i trzeba będzie drugi tom wydać? Sumplement? Errate?

Podobno też są plany napisania biografii Madeleine McCann, która zagineła/została porwana w Portugalii w maju 2007 w wieku 4 lat.

* Zaznaczam, iż nie jest przeciwnikiem picia alkoholu (w umiarkowanych ilościach). Przy okazji chciałbym przypomnieć, że zgodnie z najnowszymi badaniami zaleca się: kieliszek czerwonego wina dziennie na krążenie, kieliszek białego wina dziennie dla płuc (przeciwutleniacze podobno zapobiegają rakowi), jedno piwo dla poprawienia pracy nerek, wódka na trawienie, rodzynki nasączone ginem na artretyzm, koniak na podniesienie ciśnienia (jeżeli ktoś ma za niskie) ... na pewno o czymś zapomniałem dzisiaj.