czwartek, 22 marca 2012

Facebook, China and the Gang of Four

Ostatnio znów przekonałem się o swojej ignorancji historycznej odkrywając 'oryginalną' bandę czworga. Jak każdy szanujący się informatyk słyszałem kiedyś o tzw. Gang of Four, czyli (wg. informatyków) czwórce autorów książki pt. Design Patterns (Wzorce Projektowe). Jest to taka mini-biblia 'dobrych praktyk' informatycznych, dla jednych źródło inspiracji przy rozwiązywanie często spotykanych problemów projektowania aplikacji, dla innych pomoc w wymądrzaniu się (ooo, widzę, że zastosowałeś wzorzec potrójnej ewaluacji ryzyka tranzytów ortogonalnych = obejrzałeś się przechodząc przez skrzyżowanie), więc w sumie nie wiem czemu mam wobec niej ambiwalentne uczucia... Ale chyba nie ja jeden ; )
Pierwotnie, mianem The Gang of Four określało się bowiem frakcje czworga chińskich oficjeli partyjnych (w tym ostatnią żonę Mao), których obarcza się winą za najbardziej zbrodnicze wydarzenia pod koniec rewolucji kulturalnej. Jak to się stało, że tak pejoratywne określenie zrobiło karierę w informatyce??

Chińska polityka w tym tygodniu znów stała się gorącym tematem, chociaż trochę poza głównym obiegiem mediów. Plotki o zamachu stanu, który miał się odbyć parę dni temu wydają się dość przesadzone, ale zorientowani ludzie głowią się nad różnymi dziwnymi wydarzeniami w Pekinie. Osobiście nie wydaje mi się prawdopodobne aby Bo Xilai (odsunięty niedawno od władzy polityk chiński) miał szanse na taki rasowy zamach stanu, ale zastanawialiśmy się z grupą znajomych, czy wciąż jest to taka atrakcyjna droga kariery : )

A jak to się ma do Facebooka? Ano luźno, poprzez kwestie indywidualności i wyrażania siebie ogólnie. Z jednej strony żyjemy w czasach Sieci 2.0, w której każdy może rozgłaszać (w sensie: to broadcast, które to słowo wydaje mi się mieć odcień bardziej pasywny a jednocześnie bardziej natarczywy) swoją 'indywidualność', poprzez profil FB, zdjęcia na Picassie czy też blogi. Jednocześnie w wielu dziedzinach dostrzegany jest właśnie jej brak. Przykładem może być polityka, w której od dobrych kilkudziesięciu lat nie pojawił się żaden wielki człowiek, ale też biznes - Steve Jobs był nazwany ostatnim prawdziwym przywódcą (CEO) w morzu dyrektorów-księgowych (przy okazji, czy naprawdę jego ostatnimi słowami były Oh wow, oh wow, oh wow??? czyżby doznał jakiegoś objawienia? Np iPhone 5?). W branży artystycznej również mamy z jednej strony kolejne produkty z taśmy albo ekstrawaganckich do przesady [zapewne z braku innego pomysłu na promocję] 'kosmitów'. Zatem, gdzie się podziali tacy prawdziwie wyróżniający się z tłumu indywidualiści?

Zastanawiam się, czy Facebook nie niszczy indywidualności (nie tej dosłownej) zamiast ją promować. Mam obok siebie artykuł Pani Sandberg, COO Facebooka, która prognozuje przemianę społeczną spowodowaną dzieleniem się swoim życiem z innymi (co w teorii ma doprowadzić do większej empatii/troski o bliźnich, tzw. corollary of sharing). Być może, ale myślę, że też spłyci całą ludzkość do like-ów.

Druga obserwacja jest taka, że w demokratycznych strukturach (a firmy poniekąd też są takowymi) jednostka ma dużo mniejsze szanse narzucenia swojej woli innym. Można by sobie wyobrazić, że taki Napoleon w Goldman Sachsie zostałby co najwyżej CEO (a i to przy dobrych wiatrach) i potem by go być może jakiś list niezadowolonego byłego pracownika zniszczył, zanim by zdążył doprowadzić do upadku choć jedno państwo [machlojkami walutowymi]. Chociaż prędzej by go chyba wylali za jakieś drobne ułomności typu wzrost [ w miarę prawdą jest, iż GS zwalnia co roku 15% najsłabszych pracowników].

Po trzecie, i zarazem wracając do tematu dyktatur, zastanawiam się nad motywacją ludzi, którzy do tego zmierzali. Pomijając trudność podporządkowania sobie demokratycznego państwa (co akurat się udało np. Hitlerowi), w nowoczesnym świecie władza ekonomiczna może mieć większy zasięg. Problemem krajów takich jak Rosja czy Chiny jest to, że jednostka uprzywilejowana (np. pan Chodorkowski) nie ma nawet władzy nad swoim życiem, dopóki nie uczestniczy we władzy państwa. Ale już np. taki Bill Gates, Warren Buffet czy Lakshmi Mittal (zamieszkały w Londynie miliarder władający branżą metalurgiczną [i np. Nową Hutą w Krakowie]) mają duże większą 'siłę rażenia' niż niejeden premier czy prezydent. Oczywiście, nie mają do dyspozycji takiego arsenału [nuklearnego] środków jak Obama, ale też mają dłuższe perspektywy.

Podsumowując. Mój znajomy Chińczyk stwierdził, że jakoś od dawna nie ma już mocarstw, które by pragnęły zawładnąć światem. Wytknąłem mu ZSRR oraz politycznie motywowane ingerencje USA od ameryki południowej, poprzez bliski wschód na Kambodży czy Wietnamie kończąc (przy okazji, wychodzi na to, że USA przyczyniło się do sukcesu zamachu stanu Czerwonych Khmerów, ale tym razem akurat niechcący). Ale zgodziłbym się z tym, że może będzie mniej jednostek, które stawiają sobie takie ambitne cele. W krajach rozwiniętych chyba bardziej opłaca się budować imperium ekonomiczne ogarniające cały [cywilizowany] świat. I np. kupić sobie swoją wyspę.

Niemniej, w Rosji czy właśnie Chinach, wciąż są jednostki, które względne bezpieczeństwo i dostatek mogą zapewnić sobie tylko fałszując wybory...

poniedziałek, 19 marca 2012

Poor Economics

Jeszcze kilka refleksji na temat cen żywności i koniec tematu, bo się potem zawsze głodny robię a naprawdę wypadałoby schudnąć.

MK zauważył, że większość owoców jest transportowana drogą morską i rzeczywiście jest to prawdą, co rodzi innej natury pytania na temat jakości produktów dojrzewających w kontenerowcach. Ale bardziej mnie zirytował populistyczny demotywator, który ostatnio krążył po facebooku, o tym jak to 15 mld $ (ponoć roczne wydatki na perfumy) wystarczyłoby do wyeliminowania głodu. Na perfumy wydajemy raczej więcej, ale nawet pomijając prostą kalkulację (absolutnie minimalna dieta złożona z jajek i bananów [...] wg. Esther Duflo, to co najmniej 21 centów, przy miliardzie ludzi umierających z głodu to i tak dużo więcej) ludzie chyba powinni sobie zdawać sprawę z inflacji cen w przypadku tak ograniczonej podaży? Z panią Duflo był akurat wywiad w weekendowym FT, jak przeczytam Poor Economics to się podzielę wrażeniami; powiem tylko tyle, że byłem pozytywnie zaskoczony podejściem autorów do problemu. Zamiast rozpisywania się na temat skuteczności różnych metod albo porównywania gruszek i jabłek, Duflo i pan Banerjee jeżdżą po świecie i starają się badać skuteczność różnych metod. Nie pamiętam, czy o tym pisałem, ale jakiś czas temu krytykowany był ruch 1$/day, próbujący walczyć z sytuacją, w której jakieś 30% ludzi na ziemi musi przeżyć za mniej niż dolara. Krytykowany, bo stara się walczyć ze skutkami zamiast inwestować w infrastrukturę i rozwój regionów. Autorzy Poor Economics pewnie by się w pełni z tym nie zgodzili (w ogóle głoszą, że nie ma prostych odpowiedzi) - jako jedną z [możliwych] przyczyn słabego rozwoju wielu społeczności podają problematyczność podstawowych czynności życiowych. Ktoś, kto musi się nieźle napracować przy uzdatnianiu/znalezieniu wody, nietoksycznego pokarmu itp., ma prawdopodobnie mniej sił na poprawianie swoich warunków bytu.
A pozytywnie zaskoczony, bo do tej pory widywałem głównie młodych entuzjastów z zachodu, którzy poświęcali własną edukację na walkę z wiatrakami w egzotycznych regionach świata. Myślę, że chociaż nie ma cudownych rozwiązań, to taka optymalizacja w mikro skali może zrobić dużą różnicę.

I jak już jesteśmy w takim mrocznym temacie (na granicy życia i ubóstwa), tłumaczyłem ostatnio komuś dlaczego deficyty budżetowe ciągle istnieją. Większość na pewno wie, że bieżący deficyt liczy się w procentach produktu krajowego brutto (PKB) bo np. wzrost owego PKB może wtedy utrzymać sam dług w stałej wielkości (względem gospodarki). Do tego oczywiście dochodzi jakaś tam inflacja, i tym pięknym sposobem państwa mogą ciągle wydawać więcej niż zarabiają (no, chyba, że się przeliczą jak Grecja.. i Irlandia.. i Hiszpania.. i Portugalia.. i Francja.. i USA.. i Japonia .. ale poza tymi drobnymi wyjątkami, system działa : ). W analogii do takiego osobistego budżetu można by powiedzieć, że ponieważ w Anglii zakłada się chyba 2% przyrostu pensji rocznie, to można by mieć taki deficyt. Z tym, że oczywiście człowiek nie żyje wiecznie, dlatego my musimy spłacać kredyty a Grecy mogą jeździć Porsche Cayenne (uhm, nie, zaraz, gdzieś tu brak logiki jednak...)

Aaaaalee. Taka refleksja mnie naszła, że jak już wymyślimy to True Blood, i wampiry będą się mogły ujawnić, to może wprowadzą takie perpetual mortgages dla nieumarłych (Anglia rozważa wypuszczenie takiego Perpetual Bond, który by nie miał daty ważności)? : ) Życie wieczne mogło by wprowadzić totalne zamieszanie na rynkach kapitałowych. Jak np. wtedy traktować ubezpieczenie na życie? Teoretycznie, podczas wiecznego życia będziemy potrzebowali np. nieskończenie wiele usług dentystycznych [typu, ostrzenie kłów], jak taki nieskończony ciąg malejących kosztów ważonych rosnącym prawdopodobieństwem zbalansować w teraźniejszości???

Będąc znów poważnym (i nudnym, bo o ekonomii : ). Wbrew pozorom, problem ten nie jest taki absurdalny. Weźmy np. firmę typu Apple. Dziś wreszcie się złamali i ogłosili dywidendy. Czysto teoretycznie, kapitał zatrzymany w firmie i tak będzie uwzględniony w cenie akcji, ale w praktyce oznacza to, że firma musi istnieć wiecznie, albo że znajdziemy jakiegoś frajera, który od nas akcje kupi jak już będziemy potrzebowali gotówki.
Firmy wypłacające dywidendy także są wyceniane na podstawie przyszłych zysków/wartości ruchomości, potencjału itp. Jak to obliczać w przypadku jednostek [teoretycznie] wiecznych?

Z ciekawostek. Bodajże Disney ma jakieś wieczne obligacje w obiegu, a chyba Coca Cola ma coś z 1908 roku na rynku. Oficjalnie, najstarszą działającą firmą jest hotel Nisiyama Onsen Keiunkan w Japonii (od 705 roku), my się możemy pochwalić Wieliczką (działa ponoć od 1044 roku... co prawda oficjalnie została założona w 13 wieku, ale może Wikipedia uwzględnia przedsiębiorczość polaków i czarnorynkową przeszłość).

OK. Słowo harcerza - następny post nie będzie o ekonomii ani głodzie. I postaram się, żeby nie był o jedzeniu.

Ale wampiry mogą wrócić, no bo skoro nawet Burton(a) i Depp(a) kręcą jakieś wampiry to temat musi być znów modny.

https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_oldest_companies

poniedziałek, 12 marca 2012

Airmiles

Już kiedyś o tym pisałem, ale wrócę do kwestii mil lotniczych, bo dotyka ona mojego ulubionego tematu - jedzenia : )

Postanowiłem sobie dziś pofolgować wędzonym łososiem z okazji poniedziałku (jak wiadomo, najcięższy dzień tygodnia więc najlepsza okazja do folgowania zaraz po niedzieli, sobocie, piątku i środzie [powiedzmy, ze środą może się czasem równać - zależy od środy]). Łosoś jest bardzo zdrowy, jakieś tam kwasy omega 3 i proteiny, chociaż w okazach hodowlanych trafiają się ponoć dioxyny (które np. słabo działają na urodę o czym przekonał się W. Juszczenko, ale to chyba nie miało nic wspólnego z łososiem... przy okazji urody, botox jest najsilniejszą znaną neurotoksyną, 4kg wystarczyłyby do wyeliminowania całej ludzkości [i przepraszam, jeszcze jeden wtręt, dowiedziałem się tego z Wikipedii, czy nie powinniśmy rozważyć jakie zagrożenie Wikipedia stanowi dla ludzkości w przypadku ataku obcych form życia? Podajemy im na talerzu/dysku najefektywniejsze metody kolonizacji??]). Wracają do jedzenia. Polecam np. filety łososia w syropie klonowym z ziarenkami i świeżym szpinakiem - łatwo znaleźć przepisy w sieci albo mogę służyć poradą. Dziś nie chciało mi się nic gotować więc szukałem wędzonego, i znalazłem sobie Scottish Chestnut Smoked Salmon, country of origin: Norway oO. I tak się zastanawiam, czy to drewno (chestnut) było szkockie, czy tylko w Szkocji go wędzili?

I zacząłem myśleć na temat pochodzenia różnych produktów w moich lokalnych sklepach. Dla przypomnienia, temat mil lotniczych i 'carbon footprint' jest w Anglii bardzo popularny. Odpowiedzialni ludzie starają się nie jeść produktów, które są transportowane z drugiej strony kuli ziemskiej, powstałe nawet ten ruch wokół The 100 mile diet [1] i generalnie takie jedzenie norweskiego łososia jest raczej niemodne (chociaż on pewnie był transportowany drogą morską). Ja tam się tym szczerze mówiąc za bardzo nie przejmuje, głęboko wierzę, że świat/cywilizacja i tak są skazane na zagładę; poza tym nie jestem przekonany czy transport faktycznie tak się przyczynia do globalnego ocieplenia (zwłaszcza samoloty). Dane można interpretować różnie, może jak kiedyś będę miał 3 dni to przejrzę wyniki sensownych badań i wyciągnę jakieś konkluzje.

Już kiedyś po jakimś śniadaniu uświadomiłem sobie, że jadłem produkty z 7 różnych krajów z 3 kontynentów, ale uznałem to głównie za zabawne. Ale parę dni temu kupowałem winogrona, w cenie około 2 funtów za parę kiści (co może nie jest mega-tanio ale jak na Londyn to sensownie) i zauważyłem, że są z Peru. I tak sobie pomyślałem, że CO2 ce-o-dwam, ale to chyba jednak jest strasznie niesprawiedliwe, że podczas gdy dla mnie ktoś 'przelatuje' winogrona nad Atlantykiem miliard ludzi umiera z głodu. Kurcze, czyżbym jeszcze na koniec młodości miał się stać socjalistą??

P.S. Aha, jeszcze chciałbym tylko dodać, że to nie jest tak, że nagle na oczy przejrzałem. Myślę, że dobrze rozumiem jak działa kapitalizm, wiem, że są wina za cenę których można by wyżywić wioskę w Afryce przez rok, ale tu mówimy o czymś w miarę powszednim dla przeciętnego Londyńczyka - i to mnie chyba zszokowało.

P.S.2 Kiedyś poszukam dokładnych danych, ale ponoć największy rozłam w społeczeństwie był w czasach Wiktoriańskich - zarówno pod względem jakości życia jak i czysto ekonomicznym - trochę o tym tu: [2].


[1] - https://en.wikipedia.org/wiki/The_100-Mile_Diet
[2] - http://www.guardian.co.uk/business/2011/may/16/high-pay-commission-wage-disparity

niedziela, 5 lutego 2012

The Day After Yesterday

Zazwyczaj mnie męczy, kiedy spotykam się z opiniami, że życie w Londynie musi być strasznie ekscytujące. Fakt, duża wiocha, więc trochę trwa zanim się wszystkich pozna; z tego samego powodu jest naprawdę dużo różnorodnych miejsc do odwiedzenia (głównie myślę o restauracjach, ale ponoć są też jakieś muzea ;) itp itd... Ale poza tym życie na co dzień toczy się jak w każdym innym mieście... Chociaż zdarzają się wyjątki. Wczoraj np. po raz kolejny miałem okazję poczuć się jak w filmie katastroficznym. Przechodzący momentami w Sci-Fi, biorąc pod uwagę napotkanych kosmitów.

Otóż postanowiliśmy z odwiedzającymi mnie znajomymi wybrać się na Canary Wharf. Te wszystkie wieżowce bardzo ładnie wyglądają zimą, jest lodowisko (które o dziwo było puste) i, oczywiście, niezłe restauracje. Jadąc tam spotkałem w metrze paru panów w Kiltach, ale tych, mimo dość niesprzyjającej pogody, za dziwaków uznać nie wypada. Za to przy lodowisku było parę pań, które były w trampkach albo czymś co się chyba nazywa baletkami, ubranych na gołe stopy. Temperatura była już wtedy poniżej zera, a one wymieniły te, powiedzmy, rękawiczki na stopy, na łyżwy. Potem było już kilka centymetrów śniegu na ulicach i się poważnie zastanawiam w jakim stanie dotarły do domów. Co ciekawe, przynajmniej jedna z nich była Polką.

My, pomimo 'adverse weather conditions', z pełną świadomością, że jak nie przestanie padać to będziemy musieli wracać na piechotę, poszliśmy jeść. Tego tematu jakoś specjalnie rozwijać nie będę, bo bym musiał zacząć 4 dodatkowe blogi (na temat restauracji, na temat jedzenia, na temat deserów czekoladowych i na temat alkoholi [ten mógłbym pod-rozbić na alkohole w restauracjach, alkohole a jedzenie oraz wina do deserów czekoladowych]), a jak powszechnie wiadomo, już z tym jednym ledwo sobie radzę. Wspomnę tylko, że potwierdziłem swoją dobrą opinię na temat Boisdale, polecam zwłaszcza Oyster bar (steki są ok).
W międzyczasie gdzieś złapliśmy kawałek telewizora, podawano ciągle nowe informacje o katastrofalnych opadach śniegu. Spadło go tak dużo, że im się skończyła skala w calach i musieli podawać głębokość pokrywy w systemie metrycznym (11 cm).

Wreszcie, dotarliśmy do głównego wątku tej (nomen omen) mrożącej krew w żyłach opowieści, kiedy to niewielka grupa śmiałków z niezbyt-dalekiego wschodu rozpaczliwie próbuje wrócić do domu przy pomocy różnych środków transportu. Oczywiście, przesadzam, jesteśmy dość zaradni więc rozpaczy nie było. Ale metro przestało jeździć i momentalnie z ulic zniknęły puste taksówki, za to pojawiły się grupki zagubionych imprezowiczów. Przesiedliśmy się na DLR (kolejkę naziemną), która jest zautomatyzowana i przez to działała chwile dłużej - komputera widok 5cm śniegu nie paraliżuje. Za to bardzo szybko operatorzy w centrali dostrzegli, że śnieg na kamerach to nie usterka techniczna i na wszelki wypadek komputery wyłączyli. Na szczęście dla nas, na jakiejś stacji. Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w zdominowanym przez Słowian (głównie Rosjan) wagonie, jedyna osoba która się poddała panice to pan pracownik kolejki (jako, że jest ona automatyczna, nie wiem do końca co on robi - chyba otwiera drzwi... albo jak w tym kawale, pracownik jest po to, żeby karmić psa, który pilnuje, żeby pracownik niczego nie dotykał). Bardzo nas przepraszał i martwił się, że ciepło uchodzi przez otwarte drzwi, ale jakoś mu to zamykanie nie wychodziło (może się dopiero uczył).
Postanowiliśmy powalczyć na własną rękę. Szczęście nam sprzyjało i po kilku nieskutecznych próbach zamówienia lokalnego mini-caba udało nam się znaleźć jakiś pół-legalny środek transportu (mini cab zatrzymany na ulicy - pomimo drakońskich stawek obyło się bez zastawiania biżuterii). Po drodze widzieliśmy jeszcze kilka pań, które chyba zostały przeteleportowane z jakichś ciepłych krajów - jak ludzie wychodzili na imprezę to już śnieg lekko prószył, chyba w takiej sytuacji kobiety nie ubierają się w pół-otwarte buty na wysokim obcasie i kreacje letnio-koktajlowe... Albo mini i raczej cienkie rajstopy? (Oczywiście, w Anglii się tak ubierają).

Podsumowując. Zima zaskoczyła Londyńczyków. Heathrow, żeby 'uniknąć opóźnień i niedogodności dla pasażerów' odwołało 1/3 lotów, a teraz widziałem, że tylko ok 50% lotów się odbyło. Większość linii metra przestała jeździć albo miała duże opóźnienia, chociaż działo się to już późną nocą (dziś rano sytuacja była podobna, ale ponoć ze względu na braki kadrowe- część ludzie mogła faktycznie nie dojechać spoza Londynu, ale domyślam się, że duża grupa wolała nie ryzykować chodzenia po śniegu). Trzeba przyznać, że takie opady w Londynie są rzadkością (poza ostatnimi 4 latami : )
Teraz wszystko zależy od temperatur. Chwilowo śnieg topnieje, i jeżeli plusowa temperatura się utrzyma powinniśmy przeżyć następny tydzień. Jeśli jednak w nocy będzie spadać poniżej zera, to paraliż może chwile potrwać.

Aha, i praktyczna porada. W takich sytuacjach należy obstawiać autobusy.

sobota, 28 stycznia 2012

Life, Science, Finance & Religion ; )

Dziś zaczniemy lekko, od artykułu, który jakiś czas temu pojawił się na BBC [1] o społeczności żyjącej w Meghalaya (Indie), która jest matrylinearna. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że w pradawnych czasach, kiedy jeszcze nie było facebooka i testów ojcostwa, prymitywne (bo bez fb) społeczności były matrylinearne. Potem jakimś sposobem mężczyznom udało się narzucić dziedziczenie tytułów po ojcu tym samym wprowadzając rządy plemników.

(Jak chyba wszyscy wiedzą, ja mam bardzo demokratyczne poglądy w tej kwestii, więc z góry przepraszam jeżeli któraś płeć poczuje się urażona:)

Prezydent ruchu na rzecz równouprawnienia mężczyzn ma ciekawą teorię: wg niego lokalny dialekt Khasi odzwierciedla układ społeczny. Jako przykład podane jest słowo drzewo, które ma rodzaj męski, ale po obrobieniu na (przydatne) drewno zmienia rodzaj na żeński. Podobno dużym problemem męskiej części społeczeństwa jest brak poczucia przydatności, które ich popycha w narkotyki i alkoholizm. I tak sobie szowinistycznie pomyślałem, że w jakimś sensie rodzenie potomstwa daje płci żeńskiej przewagę przydatności i to nie tylko w czasach zapłodnienia in vitro. Mężczyzna pozbawiony funkcji społecznych (czy też ekonomicznych) rzeczywiście zostaje zredukowany do tych kilku momentów w swoim życiu kiedy jest na chwile potrzebny do zachowania ciągłości rodu. Pomijając funkcje rozrywkowe ;)

Jest to część szerszego tematu związanego z przemianami społecznymi zapoczątkowanymi równouprawnieniem. Jak wyżej wspomniałem, daleki jestem od krytyki tych przemian, ale intryguje mnie do czego jako społeczeństwo zmierzamy. I aż korci mnie żeby zacytować mojego szefa, który by pewnie powiedział: "Nie rozumiem tych zmian! Do czego one zmierzają? Jaki będą miały wpływ na społeczeństwo? Jaki będą miały wpływ NA WZROST PKB?!?!" :)

Notabene w minionym tygodniu mieliśmy okazje do takich rozważań, tym razem spowodowaną wiadomością o dramatycznym spadku kosztu sekwencjonowania DNA. Firma Life Technologies ogłosiła, że do końca roku będzie dostępny na rynku ich Ion Proton Sequencer, który będzie w stanie za mniej niż 1000$ zsekwencjonwać DNA w mniej niż jeden dzień. Może nie wygląda to na jakąś rewolucję, od dawna było wiadomo, że będzie się to dało zrobić coraz taniej i też nie wydaje się, żeby to miało cokolwiek zmienić. Ja widzę tutaj kilka potencjalnych problemów.
Po pierwsze, zbliżamy się bardzo szybko do (trochę smutnej wg mnie) rzeczywistości przedstawionej w filmie Gattaca. Badania nad genomem całej populacji prawdopodobnie pozwolą bardzo szybko znaleźć powiązania pomiędzy poszczególnymi genami a podatnością na choroby lub różnego rodzaju zachowaniami (alkoholizm, skłonności do hazardu ale może też np. pracowitości - wątpię, żeby był na to gen, ale może się okazać, że np. obniżony poziom testosteronu [spowodowany w 20% jakimiś genami] w 40% przypadkach wiąże się z większą cierpliwością itd.). Potencjalny pracodawca mając do wyboru dwóch kandydatów może ulec pokusie porównania ich profilów genetycznych.
Bardzo pokrewnym problemem jest wykorzystanie tych danych np. przez firmy ubezpieczeniowe. To jest coś czemu anarchiści by przyklasnęli (gdyby głęboko myśleli nad swoimi poglądami), bo w praktyce obecna służba zdrowia jest dość socjalistyczna - wszyscy nadpłacają za tych kilku bardziej chorowitych (w prywatnej służbie zdrowia poprzez odpowiednio zbalansowane stawki).
Po trzecie, taka analiza by szybko zweryfikowała statystyki wierności. W zależności od wyniku, mogło by to wprowadzić trochę zamieszania (aha, przy okazji, taki news ostatnio znów popularny na facebooku, o młodej białej amerykance, która twierdzi, że zaszła w ciąże i urodziła czarne dziecko od oglądania porno w 3D podczas kiedy jej mąż służył w Iraku, to fake[3]).
Wreszcie, w połączeniu z postępami w biochemii chałupniczej (polecam Google: biohacking jako temat, może o tym kiedyś coś więcej napisze) i ogólnej, być może stanie się możliwe syntetyzowanie DNA ukradzionego z jakiejś bazy danych. Np. w celu wrobienia kogoś. Ludzie się trochę tym przejmują, chociaż mi się wydaje to raczej skomplikowanym przedsięwzięciem (co innego stworzyć jakiś tam łańcuch a co innego nawet 0.01 ml czyjejś krwi). Niemniej, problem prywatności zostanie na pewno poszerzony o sferę naszego DNA (patrz post Marcina o Sztuce Cyfrowej Samoobrony ).

Wracając na bezpieczniejsze dla mnie wody - w Anglii jest wielka dyskusja na temat bonusów przyznawanych w banku RBS, który jest w 82% własnością państwa. Bonus dla dyrektora w tym roku jest dość skromny (mniej niż 100% rocznej pensji, zdarzały się tysiące procent), ale w czasach nieustającego kryzysu zrobiło się o tym trochę głośno. Ja myślę, że są to głosy populistyczne, jeżeli Anglia chce kiedykolwiek się tego banku pozbyć, to musi w nim zatrudniać ludzi, którzy wiedzą co robią, a o takich za średnią krajową trochę trudno. Niemniej, ciekawe jest to, że dyrektor owego banku jest teoretycznie funkcjonariuszem publicznym zarabiającym naprawdę duże pieniądze.

W związku z tym mam taki apel, może by się ktoś z Polskiego rządu wybrał do Wielkiej Brytanii i przedstawił nasze doświadczenia z ustawą kominową, może im to wyjaśni sytuację :)

Ciągle mam gdzieś zapisane, żeby ujawnić moje przemyślenia na temat bonusów, płac dyrektorów banków i spółek giełdowych oraz rozłam w społeczeństwie... ale póki co odstrasza mnie obszerność tematu (musiałbym się odnieść do Occupy Wall Street, przyczyn kryzysu a także podeprzeć różnymi statystykami) oraz to, że jest tak emocjonalnie traktowany przez wszystkich... Ale dojrzeje do tego na pewno : )

Aha, pozwoliłem sobie na przemian użyć określenia Anglia i Wielka Brytania, co jest chyba niepoprawne. 'Great Britain' to wyspa składająca się z terytoriów Szkocji, Walii i Anglii (w kontekście politycznym do GB zalicza się jeszcze trochę drobniejszych wysp dookoła). Razem z Północną Irlandią tworzą The United Kingdom (of Great Britain and Northern Ireland), co się tłumaczy na Polski jako Wielka Brytania. Raje podatkowe na kanale La Manche i wyspa Man są formalnie odrębnymi terytoriami (chociaż podlegają koronie).

A z takich codziennych radości, dostałem dziś za darmo Koran. Od tradycyjnie ubranych panów z długimi brodami. Jest to naprawdę ciekawe wydanie, z obrazkami i różnymi artykułami/analizami. Na przykład, dowiedziałem się, że Koran już w 7 wieku sygnalizował, że pierwiastek żelaza (Fe), który jest uważany za bardzo ważny, pochodzi spoza układu słonecznego (nie jestem ekspertem, ale ponoć może być syntezowany tylko w supernowych). Od siebie dodam, że jako ostatni pierwiastek, którego synteza jest egzotermiczna, można by go uznać za istotny pierwiastek odgraniczający fuzję jądrową od reakcji rozsczepienia*, co tylko zwiększa mądrość owego przekazu.
Tak czy inaczej, panowie byli naprawdę bardzo mili, poprosili o email (którego po chwili wahania im nie udzieliłem) i ogólnie sprawiali wrażenie bardzo otwartych. Jak rozumiem, chcą poszerzyć swoją społeczność i rekrutują nowych członków. Z innych źródeł słyszałem, że niektóre z tych społeczności organizują bardzo fajne obozy dla aktywnych np. w Afganistanie, ale o tym moja ulotka nic mówi...

* - moi drodzy znajomi-wykształceni fizycy - wszelkie korekty proszę przesyłać na priva- staram się szpanować


środa, 11 stycznia 2012

Reloaded

Wszystkiego dobrego w nowym roku!

Z tej okazji postanowiłem przynajmniej 'postarać' się bloga reaktywować. Jak może niektórym wspominałem, trochę mi się wyczerpała formuła. W listopadzie stuknęły mi cztery lata w Londynie i coraz mniej mnie tutaj zaskakuje (poza bezmyślnością niektórych rozwiązań Wielkiego Imperium Brytyjskiego... jest ona prawdopodobnie zgodnie z Einsteinem nieskończona, w związku z czym ciągle na nowo przekracza wszelkie granice...) w związku z czym moje obserwacje/przemyślenia mogą nie być bezpośrednio związane z Londynem. Tym bardziej, że wydaje mi się, że się ostatnio naprawdę dużo dzieje. (tak, wcześniej też czytałem gazety)

Aha, pragnę przy tym zaznaczyć, że nie ma to żadnego związku z tzw. postanowieniami noworocznymi, których co do zasady nie podejmuje. Wydaje mi się, że jest to najgorszy możliwy moment do wprowadzania zmian i badania zdają się to potwierdzać - wg różnych źródeł 75-90% postanowień jest łamana ([1], [2]).
Większość ludzi podobno poddaje się już 10 Stycznia ([3]), dlatego ja piszę dopiero dziś : )

Miałem dziś dość zaskakujące losowe spotkanie. Idąc za sprawunkami postanowiłem wrócić z Bond Street zaułkami (które zresztą bardzo polecam w okolicach Oxford Street). Rzadko się tam zapuszczam i tak idąc i rozważając bardzo istotne problemy (czy kupić sobie angielskie buty firmy Church's w celach asymilacyjnych) usłyszałem 'Cześć Tadek!' (Nie będę krytykował braku wołacza, bo nie jestem pewien czy tak to dosłownie brzmiało). Otóż, zupełnie przypadkiem spotkałem kolegę, którego poznałem na praktykach w Niemczech jakieś 6 lat temu. Przeniósł się do Londynu w zeszłym roku i pracuje we wspomnianej okolicy.
Nie jest to moje pierwsze doświadczenie tego typu. Kiedyś podczas odwiedzin rodziny postanowiliśmy sobie zrobić zdjęcie z Westminster Bridge z widokiem na Big Bena. Usłyszeliśmy język polski i dostrzegłem stojącego do mnie tyłem (dobrze zbudowanego) pana w bluzie HKS Hutnik. Zaproponowałem żeby ich poprosić o zrobienie zdjęcia, wiedząc, że fani Hutnika to bardzo kulturalnie ludzie (na podstawie próbki dwóch kolegów z Liceum którzy temu klubowi kibicowali [ jeden kiedyś mi pokazał naklejki: "HKS - u nas mecze są bezpieczne", powiedział, że to w ramach żartu drukowali; a więc nie tylko kulturalni ale też z poczuciem humoru ;]). I okazało się, że pan w Hutniku to jeden z moich kolegów. Ot przypadkowo był w Londynie ze znajomymi.

Mieszkańcy Krakowa się raczej dziwić nie będą - w Krakowie codziennie się spotyka znajomych na ulicy (mimo, że jest ich w wiosce kilka ; ). Ale Londyn to naprawdę duża wiocha i odkąd tu jestem zdarzyło mi się może 3 razy zobaczyć przypadkiem kogoś znajomego ulicy [nie liczę np. ludzi z pracy na moim przystanku]. Właściwie wychodzi na to, że równie łatwo jest spotkać przypadkiem znajomych z Europy. Również dwa razy spotkałem znajomych w samolocie z/do Polski, ale to już jest częstsze biorąc pod uwagę, że nie ma ich już tak dużo. Po chwili namysłu: czy to oznacza, że mam więcej znajomych w Europie niż w Londynie 'per capita'? Nie jest to niemożliwe - można powiedzieć, że w Londynie mieszka ponad 1% wszystkich Europejczyków (8 mln z ok 600 mln - nie wliczając Turcji i Rosji).

Na koniec, z tematów dnia - trochę w Anglii jest głośno o tym zabójstwie Irańskiego naukowca. Kiedy spotkałem mojego kolegę wracałem od ortopedy (zdejmowali mi odciski stóp żeby zrobić z nich odlew... właściwie trochę się teraz stresuje wiedząc, że gdzieś tam sobie harcują moje sztuczne stopy - co jeśli ktoś się zdecyduje zostawić moje odciski przy już-nie-tajnej irańskiej bazie wzbogacającej uran?), oglądałem u niego/z nim BBC kiedy wałkowali ten temat. On chyba był Afrykańczykiem, więc poniekąd neutralny, ale często się słyszy z różnych stron wyrazy dezaprobaty. Oczywiście nikt nie chce [groźby] konfliktu nuklearnego, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby takie poczynania wspomagały dążenia pokojowe. Myślę, że takie zabójstwo co najwyżej opóźni uzyskanie przez Iran bomby atomowej, a jak już to nastąpi to relacje będą tylko gorsze.
Nie jestem ekspertem w sprawie historii bliskiego wschodu, ale wydaje się, że Amerykanie (a wcześniej trochę Brytyjczycy) mieli duży wkład w radykalizację Iranu. I chociaż myślę, że z a w s z e ktoś gdzieś wywiera jakiś wpływ na rozwój wydarzeń, to Amerykanie powinni być przynajmniej ostrożni^2... Chętnie bym poruszył ten temat z moim Irańskim fryzjerem, ale zmienił salon i nie wiem gdzie się podział. Albo Irańskie służby specjalne uznały, że infiltrowanie środowisk funduszy hedgingowych w obliczu ich kiepskich wyników nie ma już sensu i go przesunęli bliżej Pałacu Westminsterskiego?

Aha, jeszcze na temat Iranu. Polecam komiks 'Persopolis' M. Satrapi. Myślę, że mógłby być lekturą szkolną. Czytałem go trochę w metrze i innych miejscach publicznych, bardzo mnie bawi myśl, że ludzie dookoła mogą mnie uważać (ze względu na czytanie komiksów w moim wieku) za osobę niepoważną i jak wiele przez to tracą...

Przypisy : )
[1] - http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2009/dec/28/new-years-resolutions-doomed-failure
[2] - https://en.wikipedia.org/wiki/New_Year's_resolution
[3] - http://www.dailymail.co.uk/news/article-2084095/New-Years-resolutions-Today-day-people-up.html?ito=feeds-newsxml

środa, 1 grudnia 2010

Let it snow, let it snow, let it snow...

Czytałem ostatnio na BBC jakiś artykuł o tym, co jest newsem a co nie jest. Dość oczywistym wnioskiem było, że częste wydarzenia są marnymi newsami, bo się ludziom nudzą. Myślę, że to jest trochę przyczyną mojej niskiej aktywności na blogu : ) Niby się dużo dzieje: rozróby studentów pod parlamentem, strajk metra, paraliż miasta spowodowany szufelką śniegu i kolejne bankrutujące państwa czy też firmy. Ale ponieważ mam to na co dzień, to cóż to za news? Gdyby tak np. jakiegoś pięknego dnia (o, jakby dzień był piękny, to byłby jakiś tam już news) żadne metro się nie zepsuło, to byłoby wydarzenie!

We wspomnianym artykule autor mówi między innymi o strajkach. Słyszałem parę razy określenie 'Winter of discontent', ale nie wiedziałem, że odnosi się do zimy 1979 roku, w której w wyniku strajków stracono 29 milionów roboczo-dni. Od tego czasu media przeciwne rządom lubią przywoływać ten temat porównując jakiekolwiek 'industrial actions' do tych sprzed 30 lat. Chociaż tak naprawdę porównywać nie ma do czego, bo mimo dużo większego rynku pracy obecne strajki są 50x mniejsze niż ówczesne. Ale że zdarzają się tak rzadko, to właśnie są dobrym 'newsem'.
Ja się do strajków metra przyzwyczaiłem. Wystarczy wyjść przed godzinami szczytu (czyli np koło 7 rano) i wrócić po (czyli po 19tej) i po kłopocie. A że co druga stacja jest zamknięta, to człowiek nawet szybciej do domu wróci. Związki zawodowe wciąż rozpaczają nad jakąś dobrowolną redukcją zatrudnienia... Myślę, że teraz to im już bardziej chodzi o zachowanie twarzy. Widzą ile ludzi dookoła traci pracę ze względu na kryzys, a dobrze opłacani pracownicy metra albo lotnisk narzekają na niskie podwyżki... Tak więc wysłuchując szefów związków zawodowych (którzy pewnie nic poza szefowaniem nie robią) naprawdę staję się kapitalistą. I nie miałbym nic przeciwko rozwiązaniu związków zawodowych ;)
Trochę bardziej skomplikowana sytuacja jest ze studentami. Ogólnie studia w Anglii są płatne, ale w dużej mierze refundowane przez państwo. Z tego co wiem, większość Brytyjczyków płaci jedynie ok. tysiąca funtów za rok, resztę pokrywa państwo. Kończą studia z długami, bo jednak tutaj bardziej stawia się na samodzielność i zazwyczaj studenci utrzymują się sami (pracując lub z kredytów studenckich). Kredytów nie muszą spłacać dopóki nie zaczną zarabiać pensji dość bliskiej średniej krajowej, co następuje dość szybko, ale i tak oznacza, że raczej przed 30tką kredytu na mieszkanie/dom nie wezmą. [A, to taki przytyk do wszystkich młodych Polaków, którzy narzekają, że po skończeniu studiów nie stać ich na kredyt na wymarzony dom. Brytyjczycy w okolicach 30tki biorą kredyt na cokolwiek, czasem dosłownie na garaż]. Zgodnie z nowym prawem będą musieli płacić do 9 tysięcy funtów za rok studiów, co praktycznie podwoi ich kredyt studencki. Ja myślę, że coś takiego by się w Polsce przydało, żeby przywrócić studiom jakiś sens i status. Ale w Anglii jest dużo niższy odsetek osób studiujących niż w Polsce i raczej niewielu z nich marnuje pieniądze podatnika i rodziców bo fajniej jest się wysypiać i imprezować niż pracować 9+ h dziennie

(Rany, skąd u mnie ten radykalizm dzisiaj? )

Zatem, trochę ich rozumiem. Toczy się teraz dyskusja, czy forma protestów (demolowanie mienia publicznego) jest właściwa. Osobiście jestem skłonny uwierzyć, że to nieliczna grupa anarchistów (być może nawet nie studentów). Chociaż może gdyby kredyty hipoteczne nie byłe tak wyśrubowane to by może ceny nieruchomości były bliższe rzeczywistości.. trudno powiedzieć, dlatego zarzucę ten temat i opowiem o pogodzie.
Spadł śnieg i spora część Anglii jest sparaliżowana. Zdarzyło się to już w zeszłym roku, a tak naprawdę dwa lata temu także, chociaż wtedy zima trwała raptem kilka dni. Z tego co słyszałem, w Polsce też się nam dała we znaki, więc nikogo pewnie opowieści o odwołanych pociągach czy zamkniętych drogach zaskakiwać nie będą. Zaskakująca jest natomiast bezradność Anglików. Nie jestem pewien czy mogę w to wierzyć, ale jeden z pracowników u mnie w biurze nie dotarł we wtorek do domu. Mieszka pod Londynem, jakieś 30-40 mil w linii prostej i normalnie jedzie do domu ok 40 minut. Tym razem jednak cały południowy wschód został sparaliżowany, więc utknął na dworcu w Londynie ok 20tej. Udało mu się złapać jakiś pociąg na południe koło 23tej, który jednak zatrzymał się na jakiejś stacji w połowie drogi bo resztę torów znów zasypało. Spędził noc na stacji/w pociągu, po czym wrócił tym samym składem o 10 rano do Londynu... Historia wydawała mi się nieprawdopodobna (jak można utknąć na noc 15 mil od domu???), dopóki nie znalazłem tego artykułu . Inny pociąg jadący w tym samym kierunku (Londyn - Hastings) zepsuł się, w związku z czym pasażerowie spędzili upojną noc w słabo ogrzewanym składzie. Autobusy dotarły na miejsce dopiero 0 5.30 rano. Można by pomyśleć, że awaria musiała mieć miejsce na jakichś nieznanych jeszcze nauce bezdrożach wysp Brytyjskich... ale nie. Z Londynu do Hastings jest ok 100km a południowy wschód to dość zurbanizowany region. Dużo osób utknęło też na autostradach, które stały się nieprzejezdne dla letnich (uniwersalnych) opon po minimalnych opadach. Historii takich jest więcej, co mnie mimo wszystko trochę zaskakuje. W końcu, Anglia to nie kraj tropikalny i regularnie ze śniegiem ma do czynienia.

Póki co nie narzekam, zawsze to jakaś atrakcja i mniejszy ruch w mieście. Poza tym ja śnieg lubię, a że nie mam telewizji i nie śledzę specjalnie polityki to się nawet za bałwanami stęskniłem...