sobota, 10 stycznia 2009

What happened to global warming?

Człowiek się na chwilę zagapi, i tu nagle ma nowy rok. Wypadałoby mi pewnie powypisywać tu jakieś życzenia, ale odłożę to na później :) Tyle się mówi o tym, kto wymyślił koło, pieniądze, ogień itp, a jakoś nigdzie nie wyczytałem komu zawdzięczamy instytucje odkładania spraw na 'później'. Jestem mu bardzo wdzięczny, i może później mu za to podziękuję.

Sylwestra spędziłem poza Londynem, tak więc niewiele mogę na ten temat napisać, poza tym, że transport publiczny był darmowy, i że metro jeździło dłużej niż zwykle - niektóre linie nawet do 3 nad ranem. Zazwyczaj ostatnie pociągi jadą około 1, co nie jest tragedią biorąc pod uwagę dobrą autobusową komunikację nocną. Może się kiedyś poświęcę i przesiedzę tutaj nowy rok, to będę mógł coś więcej napisać.

Wygląda także na to, że przegapiłem zimę w Londynie. Właściwie mógłbym napisać, że "ochłodziło się, przyszły śniegi, następnie stopniały i natura zaczęła budzić się do życia" odkąd ostatnio pisałem na blogu, ale objęłoby to tylko zeszły tydzień (no może dwa). Jeśli chodzi o naturę, to mam na myśli przerośnięte wiewiórki. Z takim zapasem tłuszczu mogły by pewnie przetrwać zimy syberyjskie.
Było z tymi 'mrozami' trochę paniki, widziałem dwa razy plakaty z pytaniami z tytułu, ale (chwilowo?) się ociepla, i wszyscy liczą na to, że tak pozostanie. Wciąż bawi mnie opowiadanie Anglikom, że w niektórych miejscach na ziemi temperatura może spaść do -15 (i to nie w zamrażalce). Ostatnio musiałem tłumaczyć, jak to jest możliwe, że przy takich temperaturach działa komunikacja, jeżdżą samochody etc. Znajomego Australijczyka bardzo zaciekawiła koncepcja opon zimowych (chociaż spotkał się kiedyś z łańcuchami).

Aha, jeśli chodzi o Anglików, to miałem ostatnio podwójną satysfakcję: wspomogłem dwóch młodych anglików w sklepie 30p (około 1,20 zł), których im brakowało do piwa. Raz, że ja, Polak pomagam Anglikom (mimo tego jak potraktowali gen. Sikorskiego) a dwa, że przewrotnie czynię to rozpijając i tak już straconą brytyjską młodzież. Jak już Polska gospodarka przegoni tą wyspiarską, to sobie wspomnę tą chwilę ze świadomością, że m. in. to piwo do którego się dołożyłem obniżyło ogólny poziom edukacji młodzieży brytyjskiej, co miało negatywny wpływ na ich gospodarkę etc itp.

Wreszcie, jeśli chodzi o edukację, miałem ostatnio przyjemność usłyszeć pytanie, czy w Polsce mamy jakiś swój język. Co prawda zapytała mnie o to Chinka, ale mieszka w Anglii od lat i 'skończyła dwa fakultety'. Nie, w zasadzie nie czepiam się tutaj edukacji, bo moja własna wiedza geograficzno - historyczna jest bardzo fragmentaryczna. Raczej fascynuje mnie tak odmienne postrzeganie świata- najwidoczniej owej chince narodowość nie kojarzy się z odrębnym językiem. Podczas takiej swobodnej rozmowy z chinką, turczynką, obywatelem RPA i hindusem uświadomiłem sobie, jak skomplikowana dla nich musi być Europa. Oczywiście w Chinach też się dużo działo, ale w tym samym czasie w porównywalnej powierzchniowo Europie istniały dziesiątki kultur, narodowości, królestw itp itd.

Właściwie, można by zazdrościć dzieciom w Chinach prostej historii. Pewnie i tak wygląda ona mniej więcej jak w dowcipie: na początku nie było nic, tylko towarzysz Mao przechadzał się ulicami Pekinu... Wyrównaj z obu stron

czwartek, 20 listopada 2008

Rivers of Babilon

Dochodzę do wniosku, że w Londynie człowiek jest ciągle zabiegany, więc chyba się przestanę usprawiedliwiać... Zwłaszcza, że wydawało mi się, że tyle rzeczy robię, a jak mam napisać coś o nich, to nic mi nie przychodzi do głowy ; )

Dziś byłem na tymczasowej wystawie poświęconej Babilonowi (miastu) w British Museum. Ogólnie jestem trochę rozczarowany. Tak naprawdę kilka sal (a w zasadzie to jedna podzielona na działy), ot dwa lewki z kafelków, 5 tabliczek glinianych i parę znaczków pocztowych... no dobrze, było tego trochę więcej, ale nic specjalnego. Nie oczekiwałem, że ściągną oryginalną bramę Isztar (którą i tak widziałem w Berlinie :P) albo zbiory praw Hamurabiego na tabliczkach (które przypadkiem widziałem w Paryżu) tudzież oryginał Wieży Babel Breughela (którą widziałem... a musiałem sprawdzić, w Wiedniu), ale chyba jakieś tabliczki mogliby przywieźć, co nie? No dobrze, wydało się, jestem zmanierowanym przemądrzalcem, który na siłę udowadnia jak to ciężko mu dogodzić : ) Za to wreszcie sobie porządną książkę o Historii Starożytnego Wschodu kupiłem. Ciekawe czy przeczytam choć rozdział (e, droga była, więc z moją Krakowską naturą przynajmniej jeden rozdział przeczytam).
Oczywiście, i tak sporo rzeczy się dowiedziałem. Np nie kojarzyłem, że ten biblijny Daniel (ten od rzucania lwom na pożarcie i tłumaczenia snów, ale nie tych Faraona, bo to był chyba Józef) parał się z Nebuchadnezzarem II(w angielskiej pisowni), którego imieniem ochrzczony był statek Morfeusza w Matrixie : ) Jak to się pięknie wszystko wiąże... Aha, był też nazywany niszczycielem narodów, chyba za podbój Jerozolimy (chociaż, tutaj taka mnie refleksja naszła, ze wszystkich wrogów narodu żydowskiego on był chyba jedynym, który ich nie wyganiał/niszczył tylko porwał ze sobą), k t ó r y to pseudonim był pierwowzorem dla postaci Liney, niszczycielki światów, w Gwiezdnych Wrotach (serialu). No proszę, kto by pomyślał, że mam tak szeroką wiedzę w tak istotnych kwestiach.
A jeszcze jedna ważna informacja mi się przpypomniała, butelka szampana o pojemności 15 litrów (20 zwykłych butelek) jest nazywana Nebuchadnezzarem. Myślę, że to też może mieć związek z jego przydomkiem.

Słyszałem o tym już wcześniej, ale tam były zdjęcia: Amerykanie sobie obóz rozbili w Iraku tuż przy ruinach Babilonu. Jak się można domyśleć, 2000 żołnierzy i sporo ciężkiego sprzętu nie pogłębiły naszej wiedzy na temat tego miasta... Przykre. Saddam też się nie przejmował i odbudował sobie wszystko po swojemu.

Oczywiście cały ten stres związany z utratą dziedzictwa kulturowego (cywilizacyjnego) trzeba było spłukać, co też uczyniliśmy z towarzyszącymi mi osobami w jakiejś knajpie Filipińskiej. Okazuje się, że mąż koleżanki z pracy pracuje w ... London Underground! Przez ponad godzinę męczyliśmy go o różne rzeczy. Naprawdę uważam, że metro jest pod względem turystycznym nie-do-eksploatowane. Northern Line, przy której mieszkam, ma na długim odcinku równoległy tunel (miał zwiększyć przepustowość), który w części jest pusty, a w reszcie budują niewidzialne Astony Martiny (są tam pomieszczenia Ministry of Defence). O tym, że pod moją stacją jest gigantyczny bunkier to chyba wspominałem kiedyś. Natomiast nie wiedziałem, że tunele są ciągle odwadniane. Często jak są ulewy to niektóre nitki zamykają, ale mój informator twierdzi, że ciągle są uruchomione pompy. Są one naprawde konieczne, do tego stopnia, że jest awaryjna trakcja i elektrownia, która w wypadku awarii sieci energytycznej może utrzymać oświetlenie w tunelu i owe pompy. Aha, chyba nie przekonuje ludzi do korzystania z metra w ten sposób... Dowiedziałem się także, że moja linia jest najbardziej obłożoną, i że jest przez pracowników nazwana Misery Line. W godzinach szczytu kursuje 90 składów, co jest o tyle ciekawe, że jest tylko 50 stacji (składy jeżdżą co minutę). Jest to bardzo problematyczne w przypadku awarii, ponieważ w każdej chwili prawie połowa składów jest w tunelach!

Jeszcze dużo innych ciekawostek opowiadał, ale może spiszę je innym razem... Ostatnio mało sypiam, a zapowiada się znów długi piątek ;)

Aaa, zwłaszcza, że biegałem dziś: ) Po Hyde Parku. Lokalizacja mojej pracy ma swoje zalety... można sobie wyskoczyć na rundkę po Hyde Parku jak się raporty wieszają; ) Jutro nie będę mógł chodzić...

środa, 5 listopada 2008

The best time to plant a tree was 20 years ago. The second best time is today


Mam roczek! Roczek w Lądku! Nie wiem jak to liczyć, ale tak czy inaczej, dokładnie rok temu przyleciałem. Z tej okazji dedykuję tytuł posta wszystkim na rozstajach, tych geograficznych i tych metaforycznych.

wtorek, 4 listopada 2008

Simple life

Jak zwykle byłem zajęty. Odwiedziłem Hiszpanię, głównie po to, żeby się przekonać, że chyba się wszędzie lepiej (czysto pod względem jakości życia) żyje niż w Londynie :) Kolejna porcja różnic: Londyn jest za duży. Jak "powszechnie wiadomo"(używając ulubionej przez polskich polityków retoryki), Londyn jest bardzo dużą wiochą. Ciągnie się kilometrami, ale budyneczki są niewielkie. Pod względem gęstości zaludnienia jest np. za Madrytem i Atenami. Oczywiście, przy tego typu miastach trudno jest określić granice, ale wydaje mi się, że cała aglomeracja Londyńska jest naprawdę jedną całością. W dużo większym stopniu np. niż Katowice i Śląsk. Gęstość zaludnienia Londynu waha się w zależności od źródła w granicach 4700 do 5100 ludzi na km^2. Jest to mniej niż NY albo Moskwa (odpowiednio 10500 i 9500). Co prawda Warszawa ma tylko 3300, ale jest dużo mniejsza. Dlatego uważam, że powinno się wprowadzić nowy wskaźnik demograficzny - ilość mieszkańców przez powierzchnię miasta^2. W bardzo dużym mieście praktyczna gęstość zaludnienia jest dużo mniejsza, w tym sensie, że jak się chce ze znajomymi na piwo wyskoczyć, to zawsze są za daleko ;) Może w wolnej chwili przeliczę to dla różnych metropolii i zobaczę co z tego wynika. Tak więc niezupełnie nowy wniosek (i nie mój w sumie, tylko Sufleta), że to źle wpływa na jakość życia, jeżeli statystycznie znajomi mieszkają 40 km od siebie (w różnych dzielnicach).

Ale wracając do tytułu. Tak sobie dziś pomyślałem, ludzie w Polsce narzekają, że życie jest skomplikowane. Że w takiej Anglii to sobie człowiek spokojnie zarabia, wychodzi czasem na piwo, ogólnie prowadzi proste życie na luzie. Wspomniałem już kiedyś o załatwianiu różnych spraw przez telefon, albo o wymianie maili z nie-anglojęzycznymi panami konsultantami. Chociaż, to fakt, że można (niestety trzeba) załatwić prawie wszystko przez telefon. Dziś mnie inna rzecz zastanowiła. Jak już kiedyś wspomniałem (wspomniałem?) w Anglii działa coś takiego jak drabina nieruchomości (property ladder). Trochę mi to przypomina taką grę planszową w życie, którą dawno dawno temu gdzieś miałem. Taki pionek, czyli Anglik, zaczyna na jakimś polu i się potem przesuwa po planszy, zdobywając wykształcenie, kupując pierwszy garaż, potem drugi, potem one bedroom etc (to już o życiu, nie o grze). Każdy jest z tym pogodzony, że jest to właśnie rodzaj gry. Trzeba czasem ryzykować, czasem się uda i człowiek jest pole dalej, czasem przyjdzie Credit Crunch i cofa się na start. Nie jest to prosta gra, z państwem manipulującym stopami procentowymi i bankami tworzącymi nowe produkty kredytowe (np. kredyt interest only, w którym płaci się tylko odsetki). Ja tam w nieruchomości inwestować nie planuję, ale jestem akurat w temacie, a dziś mój bank mnie dodatkowo próbował wciągnąć. Otóż, po co człowiekowi jest karta kredytowa? Wydawać by się mogło, że po to, żeby czasem kupić coś na kredyt... ale nie! Karta kredytowa, to jedna z metod zbijania punktów kredytowych (kredytek?) w grze 'Twoje życie'. Okazuje się, że większość moich znajomych intensywnie używa kart kredytowych, ale nie dlatego, że im brakuje gotówki. Pracują nad swoją oceną kredytową, i robią to z systematycznością godną lepszej sprawy. Jest to dość skomplikowane, bo brak kredytów zmniejsza szansę na kredyt hipoteczny, z drugiej strony zbyt gorliwe spłacanie pożyczek sprawia, że banki nie zarabiają i są mniej skłonne udzielać kolejnych pożyczek... Nawet jeżeli ktoś nie planuje zakupu domu musi uważać, bo przez pierwsze kilka lat swojej obecności na rynku kredytowym może sobie zszargać opinię na całą dekadę. A problemów decyzyjnych jest więcej, np. w jednym poradniku wyczytałem, że warto zachować rozdzielność majątkową w małżeństwie, jeżeli jeden z partnerów ma gorszy 'credit rating', tak żeby to drugie mogło w razie czego brać kredyt... A do tych ratingów liczy się mnóstwo rzeczy, np. opłacanie rachunków za telefony, karty lojalnościowo/kredytowe wydawane przez sklepy itp itd (albo np zarejestrowanie się na listach wyborczych).

Wydaje mi się, że wiele dziedzin życia jest tutaj tak naprawdę dość skomplikowana. W Polsce też się teraz zaczynają takie atrakcje, jak ubezpieczenia (zdrowotne, samochodowe i inne) z 'różnymi zakresami' usług, z bonusami w postaci mil lotniczych, punktów lojalnościowych, łączone usługi (telefon komórkowy, telewizja kablowa i ubezpieczenie w jednym) itp itd. W metrze jest np więcej reklam serwisów porównujących ubezpieczenia samochodowe, niż samych ubezpieczycieli. Walka o klienta przeniosła się już do meta-usług, czyli usługiwaniu w korzystaniu z usług... A jak się piec zepsuje, to trzeba czekać 3 tygodnie ;)

Właściwie Anglicy, tak ćwiczeni od młodości, powinni być strasznie zaradni. Aha, tzn. raczej byliby, gdyby za tym wszystkim nadążali.

poniedziałek, 13 października 2008

Hampton Court

Tak, pamiętam, że wciąż nie było pierwszej części o Glasgow... Będę trzymał czytelników w napięciu.. jak Mickiewicz... a potem i tak jednej części zabraknie ;)

Ale teraz będzie o różnych drobiazgach, m. in. o Hampton Court. Na początek kilka zasłyszanych/przeczytanych refleksji o kryzysie finansowym (tak, wciąż mam pracę, nie mogę powiedzieć ile straciliśmy, ja osobiście straciłem póki co 70p, ale mam zamiar zrobić porządek w pokoju). Pierwsza obserwacja brzmi, że banki mają problemy, bo były zbyt duże żeby dobrze nadzorować swoją działalność. I co w związku z tym robią? Łączą się w większe banki! A druga myśl (z The Daily Mash - bardzo fajnej strony satyrycznej) brzmi następująco: ratowanie banków polega na pożyczeniu im miliardów należących do obywateli, tak żeby mogły one pożyczyć te pieniądze z powrotem obywatelom, ale z procentem.

Z innej beczki. Przeczytałem ostatnio, że szkoły płacą ponad 2 mln funtów rocznie odszkodowań, za wypadki, które się na ich terenie wydarzyły. Były podane różne przykłady, jakiś chłopczyk za skręconą kostkę dostał 17 tyś funtów, ktoś inny 12 mln za wstrząs mózgu wywołany potknięciem się o krawężnik (a w zasadzie upadkiem będącym owego potknięcia się konsekwencją)... Jak tak dalej pójdzie, to dzieci się będą uczyć w domu, bo państwa nie będzie stać na odszkodowania. Ciekawi mnie też, czy jak się dziecko poślizgnie w domu, bo tata (a co! równouprawnienie!:) umył podłogę, to czy może się domagać odszkodowania? Odszkodowanie wypłacili by pewnie rodzice samym sobie, jeżeli dziecko jest niepełnoletnie. Przykre byłoby natomiast, jeżeli rodzice, jak obecnie banki, nie mieli by odpowiedniej płynności finansowej i by musieli naliczyć sobie odsetki. Może by się dało je odliczyć od podatku?


Dobrze, może jednak o Hampton Court. Jest to w zasadzie jeszcze średniowieczny pałac, raptem 20 km od centrum Londynu. Odremontował go sobie Thomas Wolsey (minister Henryka VIII kardynał Yorku czy tak jakoś) na początku XVI wieku, ale jak to w bajkach bywa szybko się królowi znudził i tak w Hampton Court zaczął balować król. Sporo z owych czasów się zachowało, łącznie z Wielką Halą (bawialnią?), w której stołował się dwór w XVI wieku, i komnaty królewskie. Komnaty nigdy nie były wyjątkowo umeblowane, po to, żeby się cały motłoch (tzn. dwór) w nich mieścił. Zwiedzać można pokoje Henryka VIII oraz Willima i Mary, jak ktoś chce wiedzieć więcej to polecam Wikipedię; ) Ten pierwszy przeżył w nim kilka swoich żon. Którąś tam też wysłał na szafot (za zdradę stanu, tzn. niewierność, ponoć do dziś straszy po korytarzach). Wspomnę jeszcze o ogrodach, które nie są nieuporządkownane zgodnie z angielską tradycją. Znajduje się w nich najstarszy labirynt z żywopłotu i chociaż nie wydaje się duży, to trzeb się trochę nachodzić... Aha, i chwalą się też najstarszą i największą winoroślą. Obrasta niewielką szklarnię, ma 230 lat, ponad 36 m długości i rodzi 200-300 kg winogron, które sprzedaje się zwiedzającym (oczywiście w sezonie). Fajne fajne, niech się cieszą rekordami póki mają, bo słyszałem, że niedługo w będą musieli konkurować ze Stadnikami ;)

I jeszcze dwa zdjęcia na koniec... Trochę było ludzi, ale ogrody są dość spore i się jakoś to wszystko rozlazło.



piątek, 3 października 2008

[interpost]

Londyńska policja zupełnie straciła głowę. Szef Metropolitan Police, sir Ian Blair podał się do dymisji. Chyba trochę z powodów politycznych, trochę z nieudolności.. pewnie się będą kłócić w mediach czemu i czy dobrze się tak stało.

A tu ciężkie czasy idą... dzisiaj kolega do pracy się spóźnił- paręset metrów od pracy natrafił na barykadę. Pod ambasadą Arabii Saudyjskiej znaleziono dziwną paczkę. Chciał ją okrążyć inną przecznicą, ale znów natrafił na barykadę... a gdy się chciał wrócić, okazało się, że już też nie może ; ) Oczywiście okazało się, że w pudle były śmieci (z drugiej strony, cokolwiek by tam nie było, po zdetonowaniu całej paczki będzie śmieciami :D). Ot takie uroki życia w centrum Londynu... robota kolega nie widział, ale eksplozję (wysadzanie paczki) słyszał. Ja niestety w związku z kryzysem do pracy przychodzę wcześniej, więc mnie takie atrakcję omijają.

Co do ekonomii, to twierdzą, że apogeum nastąpi pod koniec 2009, czyli jeszcze trochę stresu przed nami. Różne takie wykresy oglądam, fajnie kolorowo w końcu. Np, wykres oprocentowania, na które banki miedzy sobą pożyczają sobie pieniądze (LIBOR). Do sierpnia wszystkie pożyczały sobie na 2%, odkąd Lehman padł to jest to 3.9 do 4.8. Wiadomo kto może zniknąć ; )

A National Gallery będzie pokazywać 50kg posąg Kate Moss ze złota. Może się przejdę zobaczyć... szukam zdjęcia, ale nie mogę znaleźć. No, nic specjalnego, chyba, że faktycznie cała jest ze złota. Ot jakieś 3,3 mln zł Kate Moss... Posąg kosztował ponoć 7 mln (może złoto lepszej próby?), autor oczekuję, że będzie wart 40 mln. Nie, może lepiej nie skomentuję...

Muszę wreszcie odespać te wszystkie atrakcje ;)

poniedziałek, 29 września 2008

New places, new faces; Glasgow, part 2

I kolejny aktywnie spędzony tydzień. Miałem gościa, i muszę przyznać, że Londyn jest bardzo pociągający, jak się go nie ogląda samemu...;) Ale zacznę od końca, stąd od razu Glasgow 2.

Było chłodne niedzielne popołudnie... słońce zachodziło nad nowoczesną bryłą terminalu krajowego w Gatwick. Mój samolot był jak zwykle opóźniony, i siedziałem w poczekalni z niewielkim tłumem profesjonalistów (lot BA) równie znudzonych jak ja, przedzierając się przez kilogramy makulatury nabytej w kolorowym kiosku. Przyglądałem się samotnym pasażerkom

yyy no dobrze, może lepiej tu pozostanę przy blogu, a najwyżej kiedyś napiszę 'Samotność w sieci (lotniczych połączeń międzynarodowych)'. Chciałem zacząć od makulatury. Nudziło mi się, więc kupiłem Sunday Times (musiałem sprawdzić, czy mam jeszcze po co do tego Londynu wracać:P). Mam ten 'stos' teraz obok siebie. Wygląda jak tygodniowy zestaw gazet zainteresowanego polityką polaka. Już na lotnisku pozbyłem się zestawu reklam (3 niewielkie katalogi, kilka pojedynczych kartek i ok 5 niewielkich ulotek). Od razu też wyrzuciłem dodatek sportowy (w końcu byłem niedawno na dniu sportu, kopnąłem dwa razy piłkę, mam dość na miesiąc). Pozbyłem się także przewodnika po cenach nieruchomości w szkocji. Właściwie, teraz trochę żałuje, ale już tam gdzieś został. Odłożyłem też na później główną część gazety, która jest jest chyba 'dłuższa' od rzepy, ale za to węższa (ot taki dziwny podłużny kształt). Chyba chodzi o to, żeby ją złożyć dwa razy (wzdłuż i wszerz) i akurat można ją w metrze wcisnąć między czyjść łokieć i głowę.
Dodatek o branży technologicznej był dość ciekawy, w nim znalazłem schowany dodatek turystyczny, głównie reklamy. Motoryzacyjny jest fajny, zwłaszcza, że pisze do niego Clarkson. Schowana w nim wkładka o energii i karierach w energetyce jest chyba sponsorowana przez BP, ładne zdjęcia. Część kulturalna przypomina trochę Wysokie Obcasy, ale ma 80 stron. Przeczytałem wkładkę biznesową, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nikt nie ma pomysłu dokąd zmierzamy (dlatego ograniczają się do sprawozdania z najnowszych wydarzeń, właściwie bez komentarzy). Nie wiem na co komu jeszcze w tej sytuacji dodatek o pieniądzach, skoro wszystkie gdzieś wyparowały... Ciekawa była część Ecosse (ponoć Szkocja po francusku i jakiemuś tam jeszcze), w której po 15 minutach udało mi się znaleźć Clarksona felieton... No i nie wspomniałem chyba tylko jeszcze o dodatku 'style' (115 stron mody męskiej) i The Sunday Times Magazine, kolejne 80 kolorowych stron z wszystkim tym, co nie zmieściło się gdzie indziej.

Patrząc na ten stos papieru, przestaję się dziwić, że Anglicy wychodzą na śniadanie ok 14, albo w ogóle cały weekend w domu spędzają. No chyba, że czytają od deski do deski, wtedy muszą wziąć tydzień wolnego. W sumie będzie pewnie ok 350-400 stron do przeczytania (no dobra, większość z tych 275 stron magazynów to reklamy).

Akurat zdjeć z Glasgow sobie nie przegrałem, więc na razie wrzucić nie mogę. Glasgow mi się podobało- nie ma takich tłumów w metrze (trzy wagoniki i jedna linia : ). Dużo przestrzeni.. pagórki z panoramą miasta... Chyba wciąż się nie przekonałem do życia w Londynie :) Postaram się umieścić jakieś zdjecia. Trochę sprawia wrażenie prowincji, ale jest to bardzo miłe wrażenie.

Hm.. na razie tyle, ciąg dalszy w części pierwszej :)