wtorek, 23 lutego 2010

Religions, minorities and dessert storms

Być może świat jest jednak bardziej skomplikowany niż mi się wydaje ; ) Na ten wniosek złożyło się parę zupełnie przypadkowych sytuacji i informacji, które się na mnie niedawno rzuciły...

Zacznę może od tego, że obecnie jeżdżąc do pracy czytuje sobie Imperium Kapuścińskiego, po angielsku, bo akurat taki egzemplarz mi wpadł w ręce. Muszę przyznać, że stosunkowo późno odkryłem uroki czytania w środkach masowego transportu i wciąż jestem pod wrażeniem kontrastu pomiędzy moim otoczeniem fizycznym a takim, psychicznym, czyli ogólnie światem do którego wciąga mnie autor. Otóż siedzę sobie (a dużo częściej stoję w ścisku) w dość sterylnym wagonie pociągu, który z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, parędziesiąt metrów pod ziemią, transportuje setki ludzi na ich ważne spotkania, wykłady, zakupy lub po prostu do domu. Ludzi białych, żółtych, czarnych, śniadych, czerwonych (ze złości?), bladych (z braku powietrza pewnie ;)... Niektórzy ubrani w bardzo drogie garnitury, inni w stroje robotnicze a jeszcze inni w dresy, trampki, dżinsy... Jedni poobwieszani łańcuszkami, inni jakimiś sznureczkami, inni z frotkami a znów inni (inne) z ekskluzywnie wyglądającą biżuterią. Jedni grają na iPhonie, inni czytają gazety, książki; czasem ktoś ma biblie, koran albo jakieś materiały naukowe (dziś widziałem u jednego z pasażerów poradnik na temat instalacji elektrycznych w przyczepach kempingowych, z tego co pamiętam do głównej instalacji należy użyć kabla 4mm2). Zazwyczaj w ciszy, rzadziej cicho rozmawiając ze znajomymi. [Tak na marginesie, w metrze potrafi być naprawdę cicho. Jakoś w zeszłym roku, w któryś (jeszcze w miarę) letni miesiąc czekałem na swojej stacji. Były problemy z sygnalizacją, składy rzadko jeździły i zrobił się na platformie spory tłum, w związku z czym stacje zamknięto (nie wpuszczano więcej ludzi). Musiało być z 30 stopni. Wzdłuż całej platformy, która jest dość wąska, stało przynajmniej kilkuset ludzi. Mimo to nie było słychać praktycznie żadnych odgłosów poza szelestem gazet i jakimś rzadkim chrząknięciem! Zupełnie jak w filharmonii tuż przed rozpoczęciem koncertu.]
Zatem, siedzę w tym 'kotle', pośród całej tej różnorodności i czytam o burzy pustynnej w jakiejś zapomnianej przez świat wiosko-oazie w Turkmenistanie. I naprawdę niewiele brakuje, żeby hałas pociągu wziąć za szum owej burzy, a siedzącego obok egzotycznie ubranego współpasażera za lokalnego mieszkańca, członka jakiegoś klanu nomadów. Zwłaszcza, że pewnie jest tysiące kilometrów od domu... Tylko potem wychodzę z wagonu, jeszcze krótki spacer po katakumbach metra i nagle jestem znów w Londynie, w ulicznym hałasie, (w deszczu ; )...

Ale to nie wszystko. Właśnie przed chwilą czytałem dwa artykuły w internecie, jeden o tym, jak to europejska cywilizacja wymiera i jest wypierana przez imigrantów, którzy się nie asymilują. Drugi to komentarz Anny Appelbaum o możliwości konfliktu Izraelsko - Irańskiego. I znów, z jednej strony państwa dość odległe, problemy z którymi trudno się utożsamiać. Z drugiej strony, Appelbaum właśnie nam (a raczej amerykańskiej administracji) przypomina, że jednak nas one dotyczą. Appelbaum, żona Sikorskiego, o którym ostatnio też i tutaj trochę głośniej. I do tego wszystkiego dochodzi to, że dziś byłem u fryzjera, który jest z Iranu (konkretnie, z Teheranu). W gazecie: groźba konfliktu nuklearnego. U fryzjera: pogoda w Iranie. I: Iran jest 18 największym państwem świata (powierzchniowo), ponad 5 razy większym od Polski. Na północy kraju zimy są ponoć bardzo srogie. (Czy Amerykanie powinni wykonać atak prewencyjny?) Mój pan fryzjer dzwonił rano do domu, różnica czasu 3,5 h (trzy i PÓŁ oO), u rodziców paręnaście stopni. (Na pewno będą musieli przystąpić do wojny jeśli Iran w odwecie zaatakuje jednostki Amerykańskie).

...

Natomiast jeśli chodzi o kulturę europejską, i problemy z integracją (ah, lepsze słowo niż asymilacja ; )- na pewno wszyscy słyszeli o różnych problematycznych sytuacjach, w których granica między absurdalnymi żądaniami a dyskryminacją jest trudna do uchwycenia. Czasem po prostu brakuje informacji, żeby poprawnie ocenić sytuacje. Słyszałem kiedyś o pozwie pewnego policjanta, Sikha (wyznawcy Sikhizmu), który poczuł się dyskryminowany kiedy kazano mu nałożyć hełm podczas ćwiczeń oddziałów prewencji (anti-riot training). Oczywiście bardzo to przeżywał, chorował, musiał brać wolne itp., ostatecznie sąd przyznał mu rację i dziesięć tysięcy funtów odszkodowań. W pierwszej chwili byłem tym trochę zaskoczony, ale potem się okazało, że ów człowiek był wcześniej zapewniany, że turbanu zdjąć nie musi, a później był rzeczywiście szykanowany. Aha, oczywiście poszkodowany nie chciał zdjąć turbanu z powodów religijnych.
Sikhizm jest dla Brytyjczyków chyba dość kłopotliwą religią, zwłaszcza że jednym z pięciu symboli wiary ("ks"), które każdy Sikh powinien nosić przy sobie jest rytualny sztylet. A to stoi w sprzeczności z bardzo rygorystycznym prawem zakazującym posiadania jakichkolwiek ostrych narzędzi (w związku z ich regularnym nadużywaniem przez młodzież imprezującej stolicy). Pojawił się problem ze szkołami, które bezczelnie zakazały młodym Sihkom przynoszenia sztyletów na lekcje. Ciekaw jestem, co by społeczność Sikhów uczyniła, gdyby w ich szeregu znalazł się jakiś młodociany mistrz ciętej riposty? Albo jeżeli ktoś wniesionym z powodów religijnych na pokład samolotu sztyletem sterroryzuje załogę?
Wielka Brytania już w paru przypadkach dostosowała swoje ustawodawstwo do różnych religii. Np. na budowie obowiązują kaski, ale nie dotyczy to osób, które z powodów religijnych chcą przebywać w turbanie. Za to z odpowiedzialności cywilnej budującego wyłączone są uszkodzenia ciała, którym kask by mógł zapobiec. Podobnie jest w przypadku jednośladów. W Anglii jest też jeden sędzia, który przewodniczy sądom w turbanie (zamiast tradycyjnej peruki). Był on ostatnio krytykowany za forsowanie przyzwolenia na wspomniane powyżej sztylety. Brytyjska policja zastanawia się także nad wprowadzeniem kuloodpornych turbanów.

Cóż, pochodzę z kraju, który chyba ma słusznie opinie niezbyt tolerancyjnego, więc czasem sam się zastanawiam na ile w moich przekonaniach jest rozsądku a na ile nacjonalizmu : ) Obstaje jednak przy tym, że owi imigranci wykorzystują europejską otwartość i idee równości, niechcący niszcząc system od środka. Badania pokazały, że wielodzietne rodziny imigrantów średnio otrzymują więcej pomocy od państwa niż podobne rodziny brytyjskie. Ale może to tylko zaradność? Natomiast na pewno absurdem jest sytuacja, o której dowiedziałem się od znajomego anglika. W urzędzie sąsiedniej dzielnicy jest bardzo dużo obcokrajowców, imigrantów itp. Żeby się czuli komfortowo i żeby mogli się podzielić swoimi doświadczeniami problemami, mają raz w tygodniu 'spotkania mniejszości' (minority meetings). W godzinach pracy idą do wyznaczonych grup i mogą się integrować. Siostra znajomego ostatnio dostrzegła, że kiedy owi pracownicy idą na te swoje spotkania, w biurze zostaje tylko ona i jeszcze jedna osoba (która do tego jest Polką:)! Chyba powinni zamiast tego mieć jedno spotkanie, mniejszości brytyjskiej... Ale może się to już po prostu nie opłaca??

poniedziałek, 15 lutego 2010

Go Crystal Palace!

Wczoraj był mój pierwszy raz. Pierwszy raz oglądałem mecz na żywo. Jak wiadomo (co poniektórym) pochodzę z niewielkiego centralno-europejskiego miasta, w którym jest raptem kilkanaście klubów piłkarskich. To, że mieszkam w spacerowej odległości od stadionu mistrza polski także jakoś nie wpłynęło na moje zainteresowanie tym sportem (a może właśnie wpłynęło? Zajęcia z survivalu kiedy przypadkiem znalazłem się w tej okolicy w dniu meczu...) Tak czy inaczej, zdradziłem moją duszę polskiego kibica i pierwszy raz na żywo oglądałem mecz w UK. Były to rozgrywki pucharowe pomiędzy 2-go ligowym klubem Crystal Palace i pierwszoligowym Aston Villa. Jak w chyba w każdym kraju, nazewnictwo lig jest tutaj dość pokręcone. Pierwsza liga to premier league, druga to championship, trzecia to first league itd. Byłem dość zaskoczony rozmachem tego spotkania (biorąc pod uwagę, że gra odbywała się na stadionie drużyny drugoligowej), ale zostałem oświecony: Otóż, podobno najliczniej śledzone rozgrywki europejskie to: 1 liga brytyjska, 1 liga hiszpańska, 1 liga niemiecka i ... 2 liga brytyjska (tzn championship league). Potem dopiero jest włoska 'ekstraklasa'. Klub któremu kibicowałem (przez grzeczność dla mojego gospodarza : P), Crystal Palace, był dawniej w pierwszej lidze, ale obecnie boryka się z różnymi problemami (np. dwa tygodnie temu zbankrutował : ). Mimo to ich stadion mieści 26 tyś kibiców, i był tak na oko w 80% nimi zapełniony (kibice przeciwnej drużyny jakoś nie dopisali...). Ostatecznie wynik był 2:2, przy czym Palace przez większość gry prowadził, co jest wg mnie nie lada osiągnięciem w grze z jednym z 5 najlepszych klubów najbardziej popularnej ligi europejskiej. Nazwa Crystal Palace pochodzi oczywiście od szklanej konstrukcji, która stanęła w 1851 roku w Hyde Parku na potrzeby Wielkiej Wystawy Światowej. Po wystawie został przeniesiony poza Londyn, do Kent, i właśnie z tamtej okolicy pochodzi klub Crystal Palace. Niestety, konstrukcja spłonęła pod koniec listopata 1936 roku. Wielka szkoda ; (
Jeśli chodzi o sam styl gry to za dużo do powiedzenia nie mam, jestem kompletnym ignorantem, chociaż muszę przyznać, że długość akcji (liczona liczbą udanych podań) była imponująca, tak samo jak triki prezentowane przez piłkarzy (np. bardzo udane przechwycenie piłki kopnięciem połączonym z pół-saltem do tyłu, 'wykopanie' piłki pod ramieniem przeciwnika [stojąc za nim] i parę innych, które trudno opisać).
Kibice zachowywali się spokojnie, ale trzeba przyznać, że gra była dla fanów Palace dość udana. Ich drużyna spisała się bardzo dobrze (mój znajomy optymistycznie zakładał, że przegrają jedynie 0:1). Kibice przeciwnika, których było tak z 20 razy mniej, nie raczyli zaprotestować. Atmosfera na stadionie mimo kiepskiej pogody (deszcz) była bardzo przyjemna, dużo piosenek, okrzyków bojowych itp itd (aha, wspomniałem, że wszystkie 26 tyś miejsc jest pod dachem?). Nie było żadnych rac i burd... Z drugiej strony, odniosłem wrażenie, że jest to klub wspierany raczej przez starsze pokolenie Brytyjczyków. Nie mówię, że są oni spokojniejszymi kibicami ; ) ale burd raczej nie wszczynają. Ot, po meczu każdy wraca do swojej limuzyny i na piwo. Mimo niedzieli, wszyscy sprawiali wrażenie zadziwiająco (jak na anglików; ) trzeźwych.
Powrót też przebiegał spokojnie, w pociągu wytworzyła się nawet na tyle intymna atmosfera, (z powodu strasznego ścisku), że ktoś życzył wesołych walentynek. Poza tym była prowadzona luźna dyskusja na cały wagon na temat meczu, że tak powiem, ponad przedziałami (przedziałów w regionalnych pociągach nie ma, ale i tak ludzie stali w s z ę d z i e).

Jeśli chodzi o same walentynki, to nie mam za dużo do powiedzenia ; ) Ot, kolejny punkt w kalendarzu sprzedaży hipermarketów i centrów handlowych. Póki co widzę to tak: wrzesień-październik- początki wyprzedaży świątecznych. Tuż po świętach: przygotowania do walentynek (pokrywają się z wyprzedażą noworoczną). Tuż przed walentynkami zaczyna się mania wielkanocna. Jakoś w latach ubiegłych umknął mojej uwadze okres kwiecień-wrzesień. Pewnie mieszanka ofert wakacyjnych oraz końca i początku roku szkolnego.
W same walentynki ceny w restauracjach bywają wyższe, trudno jest o stoliki, a w telewizji... nie mam pojęcia co się dzieje w telewizji, bo TV nie posiadam (m. in. za sprawą słynnej cegłówki, która się teraz grzeje przy moim kaloryferze : ).

Aha, jeszcze na koniec, odnośnie tego, że pochodzę z miasta centralno-europejskiego. Ostatnio czytałem komentarz korespondenta The Economist na temat Polski. Śmiał on napisać artykuł o obecnej sytuacji ekonomiczno-politycznej w Polsce, wg mnie bardzo zrównoważony i rzetelny. Natychmiast został skrytykowany w komentarzach (aha, przy okazji, komentarze na BBC są moderowane, może powinniśmy wprowadzić to na forach Onetu i Gazety.pl? Już nawet nie chodzi o to jak czysty internet w Polsce by się stał, Ci wszyscy ludzie, którzy całymi dniami siedzią i wpisują bezdennie głupie komentarze musieli by się wziąć do pracy! Myślę, że zyskalibyśmy 0.8% wzrostu gospodarczego rocznie jak nic! ; ); widocznie polakom w Anglii nudzi się tak samo jak tym w Polsce. W ramach riposty słusznie zauważył jak trudno jest pisać o Polsce. Poczynając od lokalizacji (europa wschodnia już wydaje nam się dyskryminacją), poprzez rozmiar (jesteśmy jednym z największych państw? jak odnieść się do Rosji i Ukrainy? I znów, ich lokalizacji? całość: The Economist). Najwidoczniej zirytowany autor stwierdza, że chyba najbezpieczniej jest nic nie pisać. I coś niestety w tym jest... czego o nas nie napiszą, i tak się przyczepimy :) W takich chwilach cieszę się z mojego wąskiego grona odbiorców :P Których oczywiście serdecznie pozdrawiam!

środa, 13 stycznia 2010

Snowdown in little London

Jak wszyscy pewnie gdzieś mieli okazję przeczytać/usłyszeć, w Londynie spadł śnieg. Ogólnie nie ma w tym fakcie nic zaskakującego, śnieg (w niewilekich ilościach) pojawia się tutaj co roku. I chociaż tym razem spadło go wyjątkowo dużo, miałem déjà vu ze stycznia ubiegłego roku, kiedy to równierz relatywnie (jak dla Polaka) niewielka ilość śniegu doprowadziła do ogólnokrajowej paniki i paraliżu.

Podejrzewam, że jedynie brak świadomości, że inne kraje muszą sobie radzić z dużo cięższymi atakami zimy nie powoduje linczów na lokalnych (lub krajowych) ośrodkach władzy. Na pewno częściowo anglicy są sami sobie winni. Opony zimowe nie są tutaj specjalnie popularne (czyt. większość anglików nie wie o ich istnieniu), i oczywiście kierowcy nie mają doświadczenia z takimi warunkami pogodowymi. Dzięki temu co roku tysiące samochodów utyka na drogach lub powoduje blokujące je karambole. To z kolei utrudnia pracę pługów i piaskarek. Tych ostatnich jest oczywiście za mało, z drugiej strony trudno oczekiwać, żeby na te 5 dni zimy w roku Wielka Brytania kupowała tysiące maszyn. Natomiast strategia użycia soli, piasku i żwiru wydała mi się trochę bezsensowna- w mojej dzielnicy tylko raz posypano chodniki piaskiem, fakt, że bardzo dokładnie, ale zanim spadł śnieg. Chyba obawiano się zamarzającej mrzawki, ale oczywiście i tak zamarzła na śniegu. Można zapewne też mieć pretensje do odpowiednich służb o zbyt małe zapasy. Od początku zajmowana się tylko głównymi drogami, a zapasy są już praktycznie na wyczerpaniu. Ciekawe, czy w związku z tym w tym roku będzie dużo mniej soli w tych wszystkich sandwitchach i gotowych daniach... Wydaje mi się, że zawartość dwóch kanapek wystarczyła by na moją drogę osiedlową. Temu winny może być dyrektor głównego biura meteorologicznego, który uparcie zapowiadał bardzo lekką zimę. Dostał za to podwyżkę i teraz zarabia więcej niż premier (ok 200 tyś funtów rocznie).
Wiem, że w Polsce też były problemy z koleją, że magistrala była wyłączona i niektóre pociągi miały kilkugodzinne opóźnienie. Ale tutaj nie było wichur zrywających trakcję, ani kilkudziesięcio stopniowych mrozów, a koleje były sparaliżowane w dużo większym stopniu (z tą różnicą, że tutejsi przewoźnicy po prostu odwołują połączenia, często 'na zapas'. W związku z tym opóźnień prawie nie ma : ) Wydaje mi się, że jest to spowodowane różnicami w technologii. Tutaj większość kolei elektrycznych pobiera prąd z 3 szyny. Można sobie łatwo wyobrazić, że taka dość duża szyna dużo łatwiej się obladza niż trakcja nadziemna (czy jak tam się takie tramwajowe nazywają), przerywając obwód. Wystarczy trochę wody i minusowe temperatury i pociągi nie pojadą. Same lokomotywy też nie są na takie warunki przygotowane- grudniowe awarie Eurostara były najprawdopodobniej spowodowane drobnymi płatkami śniegu, które się przedostały do silnika. Nie żeby to kogoś naprawdę interesowało. Anglicy zadawalają się wyjaśnieniem 'due to snow' (albo, w dramatyczniejszej wersji, 'due to heavy snow'). Lokomtyw spalinowych (nieekologicznych) pewnie jest też mało.
Jeśli do tego wszystkiego dorzucić niedostosowane do niskich temperatur buty i płaszcze, to wręcz zaskakującym jest iż anglicy ten armagedon przetrwali. Oczywiście dużo więcej w tym wszystkim sensacji niż faktów, ogłaszania największych opadów od 30 lat i najniższych temperatur od kiedyś tam... Zawsze można znaleźć takie newsy. W sumie, wolę chyba to, niż nowe badania spadku popularności jakiejś partii natychmiast dementowane nowymi badaniami o wzroście popularności tej samej partii : )

Dziś znów spadł lekki śnieg, ale ludziom się już chyba trochę znudziło panikowanie. Ileż można używać tej wymówki do leniuchowania w domu? Tak więc powoli chyba świeże opady stają się, jak to mawiają niemcy, wczorajszym śniegiem, ustępując miejsca nowym bonusom w bankach, trzęsieniu ziemi na Haiti i innym problem globalnej wioski.

I jeszcze na koniec takie skojarzenie z brytyjską komedią romantyczną 'Love Actually'. Tylko w romantycznych komediach ludziom udaje się gdzieś z Londynu wylecieć w okresie świątecznym : )

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Another (new) year in London

Na jedną rzecz na pewno nie mogę narzekać – brak urozmaicenia. Z konieczności (zazwyczaj ekonomicznej, rzadziej praktycznej) zdarza mi się latać różnymi liniami, samolotami, trasami; lądować na różnych lotniskach w różnych warunkach pogodowych... Tym razem leciałem przez Monachium. Miałem tylko paredziesiąt minut na przesiadkę, a samolot z Krakowa wystartował z opóźnieniem (przez opóźniony przylot z Monachium). W związku z tym udało mi się załapać na 'specjalne traktowanie'. Kiedy wylądowaliśmy w Monachium, przy samolocie czekało już 6 albo 7 białych busików, każdy czekający na garstkę pasażerów transferowych. Kierunek Londyn skompletował się dość szybko i nasz busik umiejscowił się w środku stawki. Było w tym coś z dziecięcych zabaw resorakami/w lotnisko. Samolot wylądował, busiki się momentalnie zapłeniły i popędziły każdy w swoją stroną, początkowo jadąc jednym pasem a następnie 'rozsypując' się w kierunku różnych terminali i rękawów, wtasowywując się w dość spory ruch lotniskowej obsługi (składający się z wyglądających jak zabawki trakorów z wagonikami bagaży, małych samochodów obsługi naziemnej, autobusów z pasażerami, policji itp. itd. Jako że lot był poza granice EU (Anglia nie podpisała czegoś tam dzięki czemu każdorazowo się czepiają) musieliśmy najpierw przejść kontrolę dokumentów. Kierowca wysadził nas przy jakimś pokoiku, przeprowadził wszystkich przez szybką kontrolę dokumentów, zapakował z powrotem do busa, po czym zaparkował po drugiej stronie ulicy (dosłownie 10m dalej! Zapewne nie mógł pozwolić nam latać po płycie lotniska), znów wysiadł, obiegł busika i wskazał klatkę schodową do naszego rękawa. W samolocie czekał nas jeszcze jeden miły akcent, okazało się że w tym pośpiechu pędząc na przełaj przez lotnisko wyprzedziliśmy właściwych pasażerów, także mogłem się spokojnie rozlokować w zupełnie pustym Airbusie A320. Pewnie gdyby nie Niemiecki porządek, to bym bagaż zobaczył za 3 dni, ale udało im się go przerzucić.

Dość szybko wystartowaliśmy, dostałem tą samą bułę co w tamtą stronę (tzn, tego samego typu). Ciekawa obserwacja: lot z Krakowa do Monachium trwał mniej więcej tyle samo, tylko samolot był mniejszy - może dlatego bułka w pierwszym locie była mniejsza? Taka 8 na 5 cm, może by się większe nie zmieściły? A, ową mniejszą bułkę spożyłem w towarzystwie sympatycznyego pana z Istambułu, który spędził sylwestra gdzieś w czechach a następnie przyjechał zwiedzić Kraków. Bardzo żałował, że musiał podziwiać rynek (sukiennice) w trakcie remontu, a następnie że przegapił imprezę na rynku, o której nie miał pojęcia. Te 6 (czy 7) busów wiozących pasażerów na inne połączenia uświadomiło mi jak bardzo Kraków się już zapętlił w sieć międzynarodowych połączeń. Ludzie lecieli dalej m. in. do Brna, Malagi, Frankfurtu … Hm, tak teraz sobie przypomniałem, że po pana do Istambułu żaden bus nie przyjechał, mimo że miał odlot o tej samej godzinie co ja... Mam nadzieję, że zdążył.

Wreszcie, muszę przyznać, że pomimo całej przykrości z którą się wiąże każdorazowo opuszczanie Krakowa, Londyn nocą wygląda pięknie. Zrobiliśmy kółko nad Canary Wharf, zastanawiałem się czy mrugające światełka to migające na ekranach traderów skoki cen z wciąż jeszcze czynnych rynków azjatyckich ;), zobaczyłem z góry Tower Bridge, Big Bena i Londyński oko, a potem polecieliśmy na Heatrow (tu muszę dodać, że chyba nie każdego owa nocna panorama zachwyciła, pasażer za mną dostał torsji tuż po wylądowaniu... przyznaję, zetknięcia z ziemią Jej Królewskiej Mości też średnio dobrze znoszę, chociaż udaje mi się zachować te uczucia w sobie [zresztą, tak czy owak są bardziej abstrakcyjne]).

Być może dzięki temu zamieszaniu przy przesiadce uniknąłem kolejnej kontroli bezpieczeńśtwa i ściągania butów. Póki co konsekwencji ostatniego nieudanego zmachu nie widziałem, ale wyczytałem w samolocie, że Wielka Brytania wprowadzi 'najszybciej jak tylko praktycznie możliwe' skanery nowej generacji i szukanie drobinek materiałów wybuchowych. Mimo kontrowersji z owymi skanerami związanymi (naruszanie godności osobistej poprzez zbyt dokładne obrazowanie ciała). Ponoć owe skanery i tak by nie wykryły tej bomby (mówi się o 80g materiału wybuchowego... tyle to niektórzy mogą w dziurach w zębach schować, jak tą przysłowiową pierwszą banie), zresztą jak wiadomo 100 ml to nawet płynu można przewieźć. A z tym niuchaniem materiałów wybuchowych to już by w ogóle była tragedia, z tego co pamiętam obecne bramki tego typu potrzebują na analizę do kilku minut; opóźnienia byłyby co najmniej jak na 5 terminalu Heathrow.

Pamiętajcie moje słowa! Za parę lat to nago będziemy latać. Albo wrócimy do dyliżansów pocztowych.

Wszystko to piszę na świeżo siedząc w metrze, którym jeszcze chwilę będę jechał do pracy tfu do domu... O ile domem można nazwać ten zestaw pomieszczeń wyposażonych w ledwie podstawowe środki do życia... (poza winem, którego chyba nie mam).

Dopisane w domu: Wina rzeczywiście nie ma, za to na ulicy przed domem powitała mnie swojska puszka po piwie LECH : )



poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Smash and Grab

Podczas gdy Londyńska policja bawiła się w podchody z uczestnikami obozu klimatycznego, który ma się rozpocząć w środę, miał miejsce kolejny głośny 'smash and grab'. Wydawałoby się, że w centrum Londynu, 14 milionowego miasta, które się rozciąga w każdą stronę na kilkadziesiąt kilometrów, nie można po prostu wybić szyby i uciec z łupem. Tak naprawdę jest to jednak bardzo popularny sport wśród młodzieży (i nie tylko). Gazety jeszcze nie przestały pisać o postępach w śledztwie dotyczącym kradzieży biżuterii wartej 40 mln funtów z Bond Street (napad miał miejsce w biały dzień, przypadkowi przechodnie z czystego zainteresowania sfilmowali napastników), a już miał miejsce kolejny dość spektakularny atak na jubilera naprzeciwko Harrodsa. Oba miejsca są dość ruchliwe i znajdują się w centrum najbardziej prestiżowych dzielnic (Mayfair i Knightsbridge).
W zeszłym roku z kolei gang skuterowy dokonał kilkunastu skutecznych napadów na sklepy z markowymi torebkami, uciekając za każdym razem z łupem wartym kilkadziesiąt tysięcy funtów. Nie do końca rozumiem jakim cudem można w biały dzień uciec policji w mieście, które ma chyba najwięcej kamer przemysłowych na ziemi i średnią prędkość przelotową 18km/h (korki). Policja zazwyczaj jest dość bezradna, publikują portrety pamięciowe albo zdjęcia z owych kamer, czasem kogoś złapią, często nie... Trochę to chyba przypomina 18 wieczny Londyn, kiedy to na traktach podmiejsckich grasowały grupy uzbrojonych łotrzyków. Teraz mają skutery zamiast koni i czasem broń maszynową. Aha, na szczęście zazwyczaj nie ma ofiar... nazwa smash & grab jest chyba oczywista, a proceder może być dość opłacalny- w ostatnim przypadku napastnicy zarobili 2 mln w 39 sekund. Tym to się chyba nie może pochwalić żaden star-trader z city.

Niesamowite, jak pod płaszczykiem światowej metropolii Londyn wciaż może kryć przestępczość i bezprawie, które nam się kojarzy z republikamii bananowymi...

Przechodząc do lżejszych (gorętszych ; ) tematów: opubliowana badania temperatury na stacjach metra. Wygrała linia 'Central', najwidoczniej słusznie zaznaczona na czerwono. Średnia temperatura była wyższa od tej napowierzchni i dochodziła do 30 stopni. Badania przeprowadzano na peronach, w samym metrze na pewno było cieplej. Osobiście spotkałem się z wyższymi temperaturami, i myślę, że wyniki te trochę mogły być 'ostudzone', np. żeby nie wykazały temperatury wyższej niż 30 stopni - zgodnie z tutejszym prawem jest to najwyższa temperatura w jakiej można transportować bydło. No ale jak wiadomo, Londyńczk to nie bydło, i 35 też zniesie. A jak nie to zemdleje i go wyniosą. Chyba bym się czuł jak bydło, gdyby nie to, że sam się o to proszę codziennie rano.

I jeszcze jedna wiadomość mnie pocieszyła (poprzednia jest jak najbardziej optymistyczna, wiem, że nie zamarznę, sauna jest zdrowa poza tym człowiek potrzebuje czasem trochę bliskości;). Gdzieś wyczytałem, że mieszkańcy Londynu są prawdziwymi mistrzami w ogranizowaniu własnego czasu, skoro mając jeden z najdłuższych tygodni pracy mają czas na imprezowanie, kulturę etc. Otóż, okazuje się to być nieprawdą. W tej pierwszej części. Londyn posiada jeden z najkrótszych tygodni pracy w Anglii, w City średnio pracuje się tylko 37.3h tygodniowo! Kurcze, chyba pracowałem po złej stronie City ... Nic to, do emerytury pozostał mi tylko jakieś 8677 dni pracy, wtedy będę odpoczywał (chyba, że wydłużą wiek emerytalny).

Ehhhhhhhh.

niedziela, 19 lipca 2009

Religion...

Eh... spada mi wydajność, 1 post na miesiąc. Myślę, że się po prostu przyzwyczajam,... do brytyjczyków, różnych dziwnych pomysłów itp. Po prawie dwóch latach Londyn już mnie specjalnie nie zaskakuje, zatem nie mam aż takiej motywacji. Zastanawiam się czasem, czy trudno mi się będzie w Polsce przestawić- tutaj na każdym kroku słyszę różne języki, widzę ludzi o różnych kolorach skóry itp. W Polsce bym musiał czytać o tym, jak to pewien znany ksiądz był rozbawiony widokiem murzyna...

Ot drobne wnioski z piątkowego piwa. Numer jeden: piwo "London Pride" jest straszliwym sikaczem. Nie znam się na piwie, ale myślę, że rozcieńczenie piwa marki Tesco pół na pół z wodą daje London Pride (to w zasadzie taka praktyczna uwaga dla turystów, unikać). Rozmawiałem także z Hindusem z pracy (a, w ogóle chodzi ostatnio z białą kropką na czole. Zapewne coś to oznacza, na razie się nie odważyłem zapytać co, ale dobrze, że się powstrzymałem pierwszego dnia i nie powiedziałem mu, że ma coś na czole - myśląc, że może pastą do zębów się pobrudził.. ;) . O małżeństwach. Przyzwyczaiłem się do tego, że moi hinduscy współpracownicy mają małżeństwa zaaranżowane. Osobiście nie widzę w tym nic złego, zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że sam nie miałbym nic przeciwko (ale to dłuższa historia ;) Muszę przyznać, że chociaż słyszałem wielokrotnie o takiej praktyce, to byłem za pierwszym razem zaskoczony, kiedy mój znajomy powiedział, że za bardzo swojej przyszłej żony nie zna. Jak już zapewne pisałem, obu stronom przysługuje prawo weta, ale ciągłe odmawianie jest w złym tonie. Wracając do piątkowych piw. Znajomy z Indii mi wytłumaczył troche zawiłości religijnych. Jest bardzo wiele 'gałęzi' (żeby nie powiedzieć odłamów) i intepretacji, ale w jego wierze, nie może poślubić swojej kuzynki, jeżeli jest to kuzynka od strony matki. Z kolei w tradycji islamskiej (patrolinearnej?) pokrewieństwo 'przenosi' się przez ojca, zatem nie można poślubić kuzynki od strony ojca. Z tego co wiem jest wiele tradycji lokalnych, niektóre pozostają w sprzeczności z powyższym, chyba im samym jest się trudno w tym połapać. Natomiast naprawdę zabawne jest tłumaczenie jak się zakłada rodziny w Polsce. Jest mi bardzo miło, że taki człowiek z Indii interesuje się tym, jak się znajduje żone w Polsce. Chyba by się mimo wszystko nie zamienił :/

Z innych ciekawostek, polecam muzeum morskie w Londynie. Jest tam naprawdę fajny symulator mostka kapitańskiego. Próbowałem dziś przycumować do Liberty Island (tam gdzie jest statua Wolności w NY), niestety wpłynąłem moją fregatą na mieliznę. Może i dobrze, bo zacząłem odczuwać chorobę morską. Jako zapalony żeglarz (o słabym żołądku) oczekiwałem od siebie więcej, ale dzieliłem ster z 4 letnią córką znajomego Austryjaka i nie poczuwam się do odpowiedzialności.

Jak się tak dłużej zastanawiam, to przypominam sobie o wielu zaległych tematach. Byłem np. na tzw. "The naked London bike ride". Od razu dodam, że jako widz, bo roweru nie mam;) Może kiedyś się roweru dorobię, to przyłączę się do tego protestu ("niech nas zauważą"). Byłem akurat na starcie, który odbywał się, że tak powiem, perystaltycznie. Mineło mnie kilkoro Polaków (wybaczcie moje braki gramatyczne.. jeżeli grupa pod względem płci była mieszana, to było ich kilkoro?), rozbawił mnie komentarz jednego z rowerzystów (tym razem odnoszę się do płci męskiej) komentującego wszechobecnych kamerzystów: "Mam nadzieję, że telekspres nie nada akurat tego fragmentu..." Szanowny Panie Rowerzysto! Nie wiem jak telekspres, ale znalazłeś się na moim blogu! Werbalnie.

To lato, podobnie jak poprzednie, jest łaskawe dla użytkowników metra. Było przez pare dni naprawdę ciepło w Londynie, ale temperatury w metrze utrzymują się na akceptowalnym poziomie (<30>

czwartek, 11 czerwca 2009

Strike strikes London (part 2)

I tak minął wieczór i poranek, strajku dzień drugi. Bez większych zmian. Ominąłem godziny szczytu wychodząc z domu przed, a wracając po nich, chociaż wolałbym zastosować odwrotną strategię. Do stacji metra London Bridge, gdzie przecinają się jedyne dwie w pełni działające linie, nie dało się wejść. Na ulicach w dalszym ciągu dużo pieszych, pojawiło się więcej rowerzystów ze względu na pogodę.

Widziałem też pare razy jak pasażerowie w taksówce się dosłownie wymieniali, myślę, że taksówkarze na strajk nie narzekają... chociaż w okolicach południa samochody znów praktycznie stały w miejscu. Wyczytałem dziś, że uruchomiono darmowe promy z London Bridge do Tower Bridge, co nie jest specjalnie przydatnym udogodnieniem (mosty te dzieli jakieś 400 m..)

Ja osobiście przez te dwa dni dużo się nie wycierpiałam, ale jak już wspomniałem, moja linia działała. Większość ludzi wychodziła wcześniej z pracy, tym samym rekompensując sobie długi dojazd. Zastanawiam się, czy rzeczywiście straty dla biznesu wyniosły 100 mln funtów. Rzeczywiście ludzie mniej pracowali... z drugiej strony, rozważaliśmy kiedyś kwestię alarmów próbnych. Poza cotygodniową próbą systemu odbywają się czasem próbne ewakuacje. Trwa to mniej więcej półgodziny, ale jeżeli przeliczyć stracony czas na pieniądze to wychodzą całkiem duże kwoty. W przypadku budynku, w którym pracuje 2000 osób straty spokojnie sięgają dziesiątek tysięcy funtów. E, chyba to przesada mimo wszystko ;) Taka uwaga, w wysokich wierzowcach alarm nie włącza się w tej samej chwili na wszystkich piętrach, żeby nie bylo korku na schodach. Już nie pamiętam, ale chyba najpierw włącza się na wyższych, bo mają dalej.. No chyba, że pożar już tak szaleje, że nie ma po co ich ewakuować, wtedy może się w ogóle nie włącza ;) Ogólnie staram się nie pracować powyżej 4 piętra.

Jeszcze odnośnie strajku. Myślę, że sam strajk w sobie nie byłby niczym strasznym, gdyby nie wielkość Londynu. Większość ludzi przyjeżdżając do Londynu uważa, że 40 minut metrem od centrum to muszą być przedmieścia. Prawda jest taka, że Londyn jest koszmarnie wielkim miastem. A właściwie, wiochą, jeśli chodzi o typ zabudowy. Niby mieszka tu raptem 7 mln ludzi (zależy jak liczyć), ale mieszkają w takich niskich lepiankach (no dobra, domkach z cegły), że ciągnie się to wszystko za horyzont. Dla porównania, satelitarne zdjęcie Krakowa i Londynu w tej samej skali (wysokość jednego zdjęcia to 50km, podziękowania dla Google Maps;). Żeby było łatwiej znaleźć, zaznaczyłem Kraków.

Zaleta jest taka, że człowiek na pewno wytrzeźwieje w drodze do domu...

A, jeszcze dodam, że Kraków to ta szara plamka po lewej, to duże ciemne po prawej to Nowa Huta (no wiem wiem, też Kraków).