poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Smash and Grab

Podczas gdy Londyńska policja bawiła się w podchody z uczestnikami obozu klimatycznego, który ma się rozpocząć w środę, miał miejsce kolejny głośny 'smash and grab'. Wydawałoby się, że w centrum Londynu, 14 milionowego miasta, które się rozciąga w każdą stronę na kilkadziesiąt kilometrów, nie można po prostu wybić szyby i uciec z łupem. Tak naprawdę jest to jednak bardzo popularny sport wśród młodzieży (i nie tylko). Gazety jeszcze nie przestały pisać o postępach w śledztwie dotyczącym kradzieży biżuterii wartej 40 mln funtów z Bond Street (napad miał miejsce w biały dzień, przypadkowi przechodnie z czystego zainteresowania sfilmowali napastników), a już miał miejsce kolejny dość spektakularny atak na jubilera naprzeciwko Harrodsa. Oba miejsca są dość ruchliwe i znajdują się w centrum najbardziej prestiżowych dzielnic (Mayfair i Knightsbridge).
W zeszłym roku z kolei gang skuterowy dokonał kilkunastu skutecznych napadów na sklepy z markowymi torebkami, uciekając za każdym razem z łupem wartym kilkadziesiąt tysięcy funtów. Nie do końca rozumiem jakim cudem można w biały dzień uciec policji w mieście, które ma chyba najwięcej kamer przemysłowych na ziemi i średnią prędkość przelotową 18km/h (korki). Policja zazwyczaj jest dość bezradna, publikują portrety pamięciowe albo zdjęcia z owych kamer, czasem kogoś złapią, często nie... Trochę to chyba przypomina 18 wieczny Londyn, kiedy to na traktach podmiejsckich grasowały grupy uzbrojonych łotrzyków. Teraz mają skutery zamiast koni i czasem broń maszynową. Aha, na szczęście zazwyczaj nie ma ofiar... nazwa smash & grab jest chyba oczywista, a proceder może być dość opłacalny- w ostatnim przypadku napastnicy zarobili 2 mln w 39 sekund. Tym to się chyba nie może pochwalić żaden star-trader z city.

Niesamowite, jak pod płaszczykiem światowej metropolii Londyn wciaż może kryć przestępczość i bezprawie, które nam się kojarzy z republikamii bananowymi...

Przechodząc do lżejszych (gorętszych ; ) tematów: opubliowana badania temperatury na stacjach metra. Wygrała linia 'Central', najwidoczniej słusznie zaznaczona na czerwono. Średnia temperatura była wyższa od tej napowierzchni i dochodziła do 30 stopni. Badania przeprowadzano na peronach, w samym metrze na pewno było cieplej. Osobiście spotkałem się z wyższymi temperaturami, i myślę, że wyniki te trochę mogły być 'ostudzone', np. żeby nie wykazały temperatury wyższej niż 30 stopni - zgodnie z tutejszym prawem jest to najwyższa temperatura w jakiej można transportować bydło. No ale jak wiadomo, Londyńczk to nie bydło, i 35 też zniesie. A jak nie to zemdleje i go wyniosą. Chyba bym się czuł jak bydło, gdyby nie to, że sam się o to proszę codziennie rano.

I jeszcze jedna wiadomość mnie pocieszyła (poprzednia jest jak najbardziej optymistyczna, wiem, że nie zamarznę, sauna jest zdrowa poza tym człowiek potrzebuje czasem trochę bliskości;). Gdzieś wyczytałem, że mieszkańcy Londynu są prawdziwymi mistrzami w ogranizowaniu własnego czasu, skoro mając jeden z najdłuższych tygodni pracy mają czas na imprezowanie, kulturę etc. Otóż, okazuje się to być nieprawdą. W tej pierwszej części. Londyn posiada jeden z najkrótszych tygodni pracy w Anglii, w City średnio pracuje się tylko 37.3h tygodniowo! Kurcze, chyba pracowałem po złej stronie City ... Nic to, do emerytury pozostał mi tylko jakieś 8677 dni pracy, wtedy będę odpoczywał (chyba, że wydłużą wiek emerytalny).

Ehhhhhhhh.

niedziela, 19 lipca 2009

Religion...

Eh... spada mi wydajność, 1 post na miesiąc. Myślę, że się po prostu przyzwyczajam,... do brytyjczyków, różnych dziwnych pomysłów itp. Po prawie dwóch latach Londyn już mnie specjalnie nie zaskakuje, zatem nie mam aż takiej motywacji. Zastanawiam się czasem, czy trudno mi się będzie w Polsce przestawić- tutaj na każdym kroku słyszę różne języki, widzę ludzi o różnych kolorach skóry itp. W Polsce bym musiał czytać o tym, jak to pewien znany ksiądz był rozbawiony widokiem murzyna...

Ot drobne wnioski z piątkowego piwa. Numer jeden: piwo "London Pride" jest straszliwym sikaczem. Nie znam się na piwie, ale myślę, że rozcieńczenie piwa marki Tesco pół na pół z wodą daje London Pride (to w zasadzie taka praktyczna uwaga dla turystów, unikać). Rozmawiałem także z Hindusem z pracy (a, w ogóle chodzi ostatnio z białą kropką na czole. Zapewne coś to oznacza, na razie się nie odważyłem zapytać co, ale dobrze, że się powstrzymałem pierwszego dnia i nie powiedziałem mu, że ma coś na czole - myśląc, że może pastą do zębów się pobrudził.. ;) . O małżeństwach. Przyzwyczaiłem się do tego, że moi hinduscy współpracownicy mają małżeństwa zaaranżowane. Osobiście nie widzę w tym nic złego, zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że sam nie miałbym nic przeciwko (ale to dłuższa historia ;) Muszę przyznać, że chociaż słyszałem wielokrotnie o takiej praktyce, to byłem za pierwszym razem zaskoczony, kiedy mój znajomy powiedział, że za bardzo swojej przyszłej żony nie zna. Jak już zapewne pisałem, obu stronom przysługuje prawo weta, ale ciągłe odmawianie jest w złym tonie. Wracając do piątkowych piw. Znajomy z Indii mi wytłumaczył troche zawiłości religijnych. Jest bardzo wiele 'gałęzi' (żeby nie powiedzieć odłamów) i intepretacji, ale w jego wierze, nie może poślubić swojej kuzynki, jeżeli jest to kuzynka od strony matki. Z kolei w tradycji islamskiej (patrolinearnej?) pokrewieństwo 'przenosi' się przez ojca, zatem nie można poślubić kuzynki od strony ojca. Z tego co wiem jest wiele tradycji lokalnych, niektóre pozostają w sprzeczności z powyższym, chyba im samym jest się trudno w tym połapać. Natomiast naprawdę zabawne jest tłumaczenie jak się zakłada rodziny w Polsce. Jest mi bardzo miło, że taki człowiek z Indii interesuje się tym, jak się znajduje żone w Polsce. Chyba by się mimo wszystko nie zamienił :/

Z innych ciekawostek, polecam muzeum morskie w Londynie. Jest tam naprawdę fajny symulator mostka kapitańskiego. Próbowałem dziś przycumować do Liberty Island (tam gdzie jest statua Wolności w NY), niestety wpłynąłem moją fregatą na mieliznę. Może i dobrze, bo zacząłem odczuwać chorobę morską. Jako zapalony żeglarz (o słabym żołądku) oczekiwałem od siebie więcej, ale dzieliłem ster z 4 letnią córką znajomego Austryjaka i nie poczuwam się do odpowiedzialności.

Jak się tak dłużej zastanawiam, to przypominam sobie o wielu zaległych tematach. Byłem np. na tzw. "The naked London bike ride". Od razu dodam, że jako widz, bo roweru nie mam;) Może kiedyś się roweru dorobię, to przyłączę się do tego protestu ("niech nas zauważą"). Byłem akurat na starcie, który odbywał się, że tak powiem, perystaltycznie. Mineło mnie kilkoro Polaków (wybaczcie moje braki gramatyczne.. jeżeli grupa pod względem płci była mieszana, to było ich kilkoro?), rozbawił mnie komentarz jednego z rowerzystów (tym razem odnoszę się do płci męskiej) komentującego wszechobecnych kamerzystów: "Mam nadzieję, że telekspres nie nada akurat tego fragmentu..." Szanowny Panie Rowerzysto! Nie wiem jak telekspres, ale znalazłeś się na moim blogu! Werbalnie.

To lato, podobnie jak poprzednie, jest łaskawe dla użytkowników metra. Było przez pare dni naprawdę ciepło w Londynie, ale temperatury w metrze utrzymują się na akceptowalnym poziomie (<30>

czwartek, 11 czerwca 2009

Strike strikes London (part 2)

I tak minął wieczór i poranek, strajku dzień drugi. Bez większych zmian. Ominąłem godziny szczytu wychodząc z domu przed, a wracając po nich, chociaż wolałbym zastosować odwrotną strategię. Do stacji metra London Bridge, gdzie przecinają się jedyne dwie w pełni działające linie, nie dało się wejść. Na ulicach w dalszym ciągu dużo pieszych, pojawiło się więcej rowerzystów ze względu na pogodę.

Widziałem też pare razy jak pasażerowie w taksówce się dosłownie wymieniali, myślę, że taksówkarze na strajk nie narzekają... chociaż w okolicach południa samochody znów praktycznie stały w miejscu. Wyczytałem dziś, że uruchomiono darmowe promy z London Bridge do Tower Bridge, co nie jest specjalnie przydatnym udogodnieniem (mosty te dzieli jakieś 400 m..)

Ja osobiście przez te dwa dni dużo się nie wycierpiałam, ale jak już wspomniałem, moja linia działała. Większość ludzi wychodziła wcześniej z pracy, tym samym rekompensując sobie długi dojazd. Zastanawiam się, czy rzeczywiście straty dla biznesu wyniosły 100 mln funtów. Rzeczywiście ludzie mniej pracowali... z drugiej strony, rozważaliśmy kiedyś kwestię alarmów próbnych. Poza cotygodniową próbą systemu odbywają się czasem próbne ewakuacje. Trwa to mniej więcej półgodziny, ale jeżeli przeliczyć stracony czas na pieniądze to wychodzą całkiem duże kwoty. W przypadku budynku, w którym pracuje 2000 osób straty spokojnie sięgają dziesiątek tysięcy funtów. E, chyba to przesada mimo wszystko ;) Taka uwaga, w wysokich wierzowcach alarm nie włącza się w tej samej chwili na wszystkich piętrach, żeby nie bylo korku na schodach. Już nie pamiętam, ale chyba najpierw włącza się na wyższych, bo mają dalej.. No chyba, że pożar już tak szaleje, że nie ma po co ich ewakuować, wtedy może się w ogóle nie włącza ;) Ogólnie staram się nie pracować powyżej 4 piętra.

Jeszcze odnośnie strajku. Myślę, że sam strajk w sobie nie byłby niczym strasznym, gdyby nie wielkość Londynu. Większość ludzi przyjeżdżając do Londynu uważa, że 40 minut metrem od centrum to muszą być przedmieścia. Prawda jest taka, że Londyn jest koszmarnie wielkim miastem. A właściwie, wiochą, jeśli chodzi o typ zabudowy. Niby mieszka tu raptem 7 mln ludzi (zależy jak liczyć), ale mieszkają w takich niskich lepiankach (no dobra, domkach z cegły), że ciągnie się to wszystko za horyzont. Dla porównania, satelitarne zdjęcie Krakowa i Londynu w tej samej skali (wysokość jednego zdjęcia to 50km, podziękowania dla Google Maps;). Żeby było łatwiej znaleźć, zaznaczyłem Kraków.

Zaleta jest taka, że człowiek na pewno wytrzeźwieje w drodze do domu...

A, jeszcze dodam, że Kraków to ta szara plamka po lewej, to duże ciemne po prawej to Nowa Huta (no wiem wiem, też Kraków).

środa, 10 czerwca 2009

Strike strikes London (part 1)

Typowe: Jak tylko zostawię aparat w Krakowie, organizują jakieś protesty, strajki itp. Dziś trochę żałowałem w drodze do pracy, że nie mogę robić zdjęć, ale pocieszyłem się myślą, że największe w dziejach historii reportaże nie były ilustrowane (inna sprawa, że taki Herodot, Homer czy Kapuściński mogli nadrabiać braki wizualne talentem ;). Ufam, że spragniony wrażeń wzrokowych czytelnik będzie umiał posłużyć się internetem, który go wprost obrazami zaleje.

A zatem, miałem dziś po raz kolejny okazję uczestniczyć w spektaklu jakim jest paraliż komunikacyjny Londynu. Przypomina mi się jedna z moich ulubionych gier, Sim City, w której jedną z katastrof były protesty mieszkańców zalewające miasto... Wydaje mi się, że radziłem sobie lepiej z tym niż obecne władze Londynu, ale trzeba przyznać, że trochę oszukiwałem (można było wyburzyć ulicę i postawić nową, co likwidowało protest[ujących]).

Ogólnie myślę, że mam sporo szczęścia, ponieważ linia przy której mieszkam jako jedyna dość sprawnie funkcjonowała. Wczesno-poranna podróż do pracy odbyła się bez przygód, ale w samym City już o godzinie 8 były tłumy na przystankach. Naprzeciwko Liverpool street st. stało na przystanku przynajmniej 150 osób, grzecznie czekając na chodniczku szerokości 1.5 metra. Po drugiej stronie ustawiła się kolejka do autobusu długa na mniej więcej 300 m. Taksówki jeszcze wtedy nie były tak porządane, tym bardziej, że ruch na ulicach trochę jakby zastygł. Widać było także dużo więcej pieszych i rowerzystów.
W ciągu dnia sytuacja się w zasadzie pogarszała, i nawet koło godziny 14 autobusy jechały mocno zatłoczone. Ale prawdziwa zabawa zaczeła się wraz z popołudniową godziną szczytu. Specjalnie wyszedłem z pracy wcześniej, ale już tłumy na ulicach nie wróżyły niczego dobrego. Moje metro jako jedno z dwóch wciąż funkcjonowało, mimo to na stacji ledwie udało mi się zejść do podziemi i już utknąłem w morzu ludzi. Oceniwszy wielkość masy ludzkiej wyliczyłem sobie, że w ciągu 2h mam marne szanse na dostanie się na peron, więc zacząłem sobie spacerować na południe. Tłumy ludzi na ulicach robiły niesamowite wrażenie. Tak jakby nagle całe miasto postanowiło się przejść na spacer, każda ulica zatłoczona jak Szewska o 21 w szczycie sezonu brytyjskich wieczorów kawalerskich. Wsiadłem na stacji początkowej pewnej linii autobusowej, na początku trochę żałowałem (autobus poruszał się wolniej niż bankierzy-zawałowcy), ale pare przystanków dalej już nikomu nie udało się wsiąść. Tak więc cieszyłem się widokiem z górnego pokładu i tym, że miałem ze sobą książkę. Po drodze mijaliśmy przepełnione przystanki oraz rzeki ludzi płynącę we wszystkich kierunkach. Gdzieś na obrzeżach przeskoczyłem na metro i nawet udało mi się wbić do pierwszego składu, który nadjechał!

Brytyjczycy (i ogólnie, mieszkańcy Londynu) przyjęli utrudnienia z pokorą. Na widok przepełnionych autobusów, zamiast rwać włosy z głowy i rzucać się na ziemię uderzając pięściami z rozpaczy kiwali z niedowierzaniem głową, często z przyklejonym uśmiechem. W metrze podobnie, mimo, że przeciętny czas podróży na pewno się parokrotnie wydłużył. Naprawdę nie wiem co nam tutaj do wody dosypują, ale ewidentnie działa.

Starałem się śledzieć informacje w mediach, wydają mi się także dość stonowane. Dużo rowerzystów odważyło się na dojazd do pracy, chociaż było to trudniejsze z powodu zwiększonego ruchu. Schemat dzielenia taksówek (trochę jak dawniej w Polsce;) nie odniósł aż tak wielkiego sukcesu, okazało się, że spora część Londyńczyków dzielić się nie chce. Tłumom udało się też sparaliżować na chwilę pare stacji kolejowych, przed Clapham Junction ustawiła się długa kolejka na perony. Kto mógł, pracował z domu.

Podsumowanie pierwszego dnia nie wypada najgorzej. Pomimo braku metra Londyn wciąż funkcjonuje, poza kilkoma incydentami (jedna bijatyka na przystanku) nic się chyba nie wydarzyło. Ludzie zachowują się spokojnie i cierpliwie wracają godzinami do domu. Na koniec mapka ze stanem metra z godziny 7 rano. Linie pokolorowane nie kursowały (w tle widać na szaro odcinki działające). Używam Northern Line : )

wtorek, 9 czerwca 2009

I'm back!

Ha! Nie ma to jak niespodziewane zwroty akcji.. zapomniany autor bloga wyłania się z czeluści przepełnionego metra żeby pisać o krzywdach ludu pracującej stolicy...

Dziś o 19 rozpoczął się generalny strajk metra. Dokładnie jeszcze nie wiadomo jaki będzie jego zakres, ale na razie zawieszone są dwie linie metra, 3 mają poważne opóźnienia i kilka stacji metra jest tymczasowo zamknięta, głównie z powodu przeludnienia. Większość ludzi starała się zdążyć do domów przed 19 co już wprowadziło spore zamieszanie. Zatem już trochę wcześniej miałem przedsmak atrakcji, które mnie czekają przez najbliższe dwa dni. Pracownicy domagają się większych (wyższych?) podwyżek, co chyba w obecnej sytuacji jest trochę nie na miejscu (zwłaszcza, że zarobki w TFL - Transport For London - są naprawdę porządne). Myślę, że skończy się to ogólną nagonką na pracowników metra. Zresztą, zobaczymy ilu się tak naprawdę przyłączy.
Należy jednak przyznać, że Anglicy podchodzą do całej akcji ze stereotypowym flegmatyzmem. Jak się nie uda dojechać do pracy, jeżeli trzeba stać godzinę w ścisku na platformie- trudno. W zasadzie nikt nie narzeka, co najwyżej spokojnie krytykują związki zawodowe.

Przez ostatnie dwa miesiące się dość dużo działo w Londynie, i dla odmiany nie pisałem z powodu nadmiaru wrażeń, tak więc chyba nie będę próbował streszczać wszystkich wydarzeń... Postaram się nadrobić zaległości i napisać coś o Oxfordzie i Cambridge, które było mi dane odwiedzieć (niestety, w celach zaledwie turystycznych). Teraz tylko wspomnę o tym, że już widziałem pare razy osoby w maseczkach (dla tych co nie pamiętają, gdzieś tam jeszcze dogorewa świńska grypa), że 12 letni chłopiec jednak nie jest najmłodszym ojcem, że winda na Tower Bridge urwała się dzień po tym jak nią jechałem (ofiar śmiertelnych nie było), i że palacze kosztują NHS (tutejszy ZUS) 5 mld funtów.
Tą ostatnią informację skomentuję. Dotyczy to bezpośredniego wpływu palenia (nie uwzględnia biernych palaczy, kosztów opieki albo finansowych konsekwencji dla gospodarki). Badania przeprowadzone na Oxfordzie sponsorowała The British Heart Foundation. Oznacza to ponoć tyle, że gdyby nikt nie palił, to tyle dałoby się zaoszczędzić. Poza tym, że jestem trochę sceptycznie nastawiony do takiego wnioskowania (w 2005 palenie było przyczyną śmierci 27% wszystkich mężczyzn- czy gdyby nie palili to by nigdy nie umarli..? myślę, że gdyby nie leczyli się teraz z raka to za 10 lat umierali by na coś innego) to zaskoczyły mnie dwie informacje. Podobno przychody państwa z tej branży wynoszą 10 mld funtów, czyli jednak opłaca się palić. Po drugie, porównywano koszty innych niezdrowych trybów życia (lifestyle issues). Okazuje się, że brak ruchu powoduje straty w wysokości miliarda funtów (zapewne jakieś choroby krążenia etc.), otyłość jest tylko o połowę oszczędniejsza od papierosów, i teraz, UWAGA, niezdrowa dieta jest przyczyną porównywalnych (do palenia) wydatków w służbie zdrowia! Inaczej mówiąc, choroblia otyłość i lenistwo jest dużo mniej szkodliwe niż złe odżywianie!

Tak się przejąłem tą informacją, że pójdę coś zjeść (dwie tycie kanapeczki z szykną serem pomidorem ogórkiem i pastą jajeczną, potem truskawki z jogurtem i może jabłko jeżeli jeszcze przed snem zgłodnieję... chyba ujdzie? ;)

Pamiętaj o 5 porcjach owoców dziennie! :P

(Osobiście polecam jeszcze wino od czasu do czasu)

środa, 1 kwietnia 2009

Put people first

Tylko parę słów o G20. Było zaskakująco spokojnie, wybili tylko jedną szybę w jednym z biur RBSu, trochę się poszturchali z policją i dużo nakrzyczeli. Koło południa zrobiło się dość gorąco pod Bank of England, ale policji udało się ten teren odizolować (nikt nie mógł wejść) i tak zostało do popołudnia, kiedy to poszedłem robić zdjęcia. Nie jest raczej zaskakujące, że poziom większości postulatów był dość żenujący (mam np. w domu ulotkę nawołująca do odebrania władzy ludziom, którzy nami rządzą, i przekazaniom jej ludowi... czyli innym ludziom, którzy z definicji staną się wtedy ludźmi nami rządzącymi; albo odrzucenie pieniądza i powrót do podstaw... takie tam). Pokojowe pikiety wyglądają raczej na piknik, chociaż miło, że ktoś się ekologią przejmuje.

Różnego rodzaju aktywiści wykorzystują G20 do głoszenia swoich poglądów, w czym w sumie nie widzę nic złego, tym bardziej, że nie doświadczyłem w związku z tym niedogodności. Zamknięta została stacja Bank, bo znalazła się w strefie zamknietęj przez policję, i trochę było więcej ludzi na ulicach, ale ogólnie atmosfera była dziś dość przyjemna. Bardzo dużo ludzi chodziło z aparatami po mieście i robili zdjęcia blokadom policyjnym : )

Jutro jest główny dzień szczytu i przewidywane są dalsze protesty, chociaż pewnie skoncentrują się one na centrum konferencyjnym na wschodzie Londynu, w którym odbędą się obrady. Muszę przyznać, że nie widzę szczególnego sensu w całym tym spotkaniu... ot pare lunchów i pare godzin dyskusji. Już teraz bardziej zgodnie politycy zapowiadają znalezienie lekarstwa na wszelkie zło na świecie, ale w 4h to nawet kataru się człowiek nie pozbędzie.

A tak przy okazji to Obama wylądował na Stansted! Z jednej strony, fajnie, że używamy z panem Obamą tego samego lotniska (od dzisiaj będzie mi się tam milej stało w kolejkach). Z drugiej strony, to przykre, że z powodu kryzysu Obama musi latać tanimi liniami... ciekawe czy też musi płacić funta za skorzystanie z toalety?

piątek, 27 marca 2009

Never date a female-lawyer

Zanim przejdę do tłumaczenia się z tytułu, który nie wydaje mi się zbyt poprawny (stylistyczno - politycznie: w języku angielskim chyba nie istnieje rodzaj żeński od lawyer, a dodanie przedrostka 'female' wydaje się trochę sztuczne... a ostatnio The Sun się oburzał, że Unia Europejska chce zakazać używania tytyułu miss, chyba też coś z równouprawnieniem), tak więc, gwoli przypomnienia po przydługim komentarzu w nawiasie, zanim rozwinę tytuł, wspomnę, że miałem miły dzień : )

Miałem rano poważne spotkanie, i byłem naprawdę poruszony wirtuozją z jaką przedstawiciele pewnej, znanej dość, firmy konsultingowej ukrywali swoją niekompetencję... Nie jestem pewien czy zdobyłbym się na taką bezczelność, żeby bez drgnięcia powieki wymyślać jakieś historyjki obracające własne błędy w innowacyjne pomysły. Reszta dnia też była miła, i na koniec jeszcze do mnie w domu ankieter zadzwonił, a to zawsze tak przyjemnie jak się człowiekiem ktoś zainteresuje ;P

W Londynie się ostatnio sporo dzieje. Trwają przygotowania do szczytu G20, policja i protestanci się intensywnie zbroją. Przewidywane są różnego rodzaju atrakcje, pikiety, wieszanie kukieł bankowców na latarniach itp. Firma w której pracuje nakazała nam porzucić oficjalny 'dress code' i przychodzić w owych dniach do pracy w strojach codziennych, oraz unikanie spacerów między budynkami (których jest kilka w najgorętszym regionie). Muszę sobie koniecznie skądś aparat skombinować, po to żeby udokumentować owe protesty (o ile rzeczywiście nastąpią), ale też po to, żeby wyglądać na turystę.
Skoro już mówimy o pracy, po 6 tygodniach udało mi się wyrobić wreszcie identyfikator, dzięki czemu mogę sam wchodzić do budynku i korzystać z toalety. W pewnym momencie się trochę zestresowałem, bo się okazało, że źle zapisano moje naziwsko, i że będę musiał wszystko robić od nowa... Zadzwoniłem do odpowiedniego działu, poprawiłem pisownię, powiedzili mi, że będę musiał zapłacić 50p (0.5 funta), i że poprawią. Później się dowiedziałem, że udało im się popełnić aż dwa błędy (w imieniu i nazwisku) i zacząłem się zastanawiać, czy będę musiał płacić całego funta? Albo może to jest tak od litery, więc w sumie więcej??
Na szczęście nie udało im się przez tydzień owych błędów poprawić, więc na identyfikatorze mam dwa błędy (np. imię Tadeuz), ale jestem o 50p do przodu! Dorzucę sobie 10p i będę miał puszkę coli w mojej ulubionej knajpie z kebabami : ) I jak przyjdzie co do czego, to nikt się nie zorientuje, że tu pracowałem.

Krótko wspomnę o jedzeniu... jest to mój ulubiony temat, aż dziw, że nigdy o nim nie piszę. Dziś odnośnie kebabów. Tutaj dość popularną formą jest takie danie kebabowe, dostaje się mięso na talerzu, z surówką, do tego sosy i bułki pita. I człowiek sobie samemu robi takie mini kebaby faszerując te bułki mięsem, surówką i sosem. Całkiem fajne. Poza tym jest oczywiście dużo rodzajów ostrych papryk w tego typu, hm, no, restauracjach. Miałem bardzo intrygujące przeżycie, kiedy podczas pewnego lanczu pomyliłem zieloną papryczkę ze strąkiem fasoli. Zorientowałem się dopiero jak już pół odgryzłem, a potem przez 3h się czułęm jakby mi ktoś żołądek ścisnął. To byłby chyba dobry pomysł na dietę... 3 fasolki dziennie.

No dobrze, to jeszcze tylko na zakończenie wyjaśnienie tematu. Otóż, pare dni temu była taka drobna awantura, pewna prawniczka pozwała do sądu spotkanego w pubie kucharza. ( Aha, tu uprzedzę, że będzie to temat jak na bloga dość niemłodzieżowy. ) W owym pubie, jak to porządna młoda brytyjka, spiła się prawie do nieprzytomności, po czym owego przypakoweg kucharza zawlokła do siebie do domu. Trudno powiedzieć kto tu się powinien poczuć wykorzystany, w każdym razie kilka dni później oskarżyła o gwałt, stwierdzając, że zupełnie nic nie pamięta, ale że na pewno na nic się nie godziła. Chyba musiała to samo powtórzyć przed sądem, bo po 30 minut sprawa się zakończyła uniewinnieniem, niemniej daje to sporo do myślenia... Myślę, że na tego typu okazje powinno się stworzyć jakąś formę umowy, która by jasno definiowała wszystie kwestie sporne, zakres

eee, dobrze.

Wracając do protestów. Jutro mają być jakieś pokojowe przemarsze a w przyszłą środę i czwartek demonstracje nieoficjalne. Póki co wygląda na to, że Metropolitan Police ma przewagę 3:1 nad protestującymi (nie uwzględniając przewagi gospodarzy- większość anarchistów będzie przyjezdna, a jakoś tak czuje, że pracownicy City będą jednak kibicować policji ; ) [ja będę], i też większość przeniesie się chyba na Canary Wharf, gdzie będą wszystkie gwiazdy (Brown, Sarkozy i Obama). Tak czy inaczej, postaram się skądś skombinować aparat i dokumentować co się da, z zachowaniem odpowiedniej ostrożności ...